Obóz HardStyle i czemu na niego nie jechać

Standardowy

Spośród wszystkich to właśnie Ty zostałeś wylosowany..”

Przysięgam, jak widzę marketingowy szajs „tylko my mamy i właśnie TOBIE damy” pragnący ponad wszelką miarę udowodnić mi, jaką szczególną osobą jestem, jak wyjątkowym jestem człowiekiem lub jak niebotyczne szczęście właśnie mnie dotknęło, to mam ochotę rzucić się przez okno*. *wprost na dach sąsiada, który potajemnie od dwóch lat służy mi za taras do opalania. Dach, nie sąsiad.

To jest właśnie problem z dobrymi rzeczami, że ciężko nam w nie uwierzyć, gdy ktoś na nie Cię namawia. Właśnie przez te zapewnienia o naszej ważności w kosmosie. Zanim jednak dojdę do sedna, ważna dygresja.

Nie jesteś ważny dla losów tego świata. Jesteś być może ważny dla jakiejś drugiej osoby* *Twoja mama. Może masz grono świetnych znajomych, ale wiesz jak to było z Hiobem w Starym Testamencie. Każdy z nas rodzi się sam, i sam umiera – zgodnie z faktem, że nikt tego nie zrobi*. *chyba, że jesteś arcybogatym pierdzielem opływającym w sanitariuszki Playboya.

Zostajesz więc Ty i Twoja głowa - Twoje wspomnienia i doświadczenia. I o ile nie nabawisz się Alzheimera, życzę Ci, byś miał więcej dobrego do wspominania niż złego. A pisząc „dobrego”, nie mam na myśli marmurowej fontanny w salonie czy jachtu w Monaco.

O ile jeszcze nie myślisz o umieraniu i uważasz, że „masz jeszcze czas” – o tyle się mylisz. Po pierwsze dlatego, że nie wiesz kiedy Ci cegła w drewnianym kościele na łeb spadnie, a po drugie – bo omija cię ŻYCIE.

Ważne jest to, JAK żyjesz. Poza okazjonalnym „jebaniem biedy”, żarciu najtańszego gówna z fastfooda, czy zalaniem pały w piątunio.

Ważne jest to, KIM się otaczasz. Poza znajomymi z pracy i panią na kasie w Tesco.

Ważne jest to, co robisz z danym Ci CZASEM. Poza zapierdalaniem w chomiczej kulce, życiem przed monitorem oraz oglądaniem się za ramię, gdzie Ci owy czas spierdolił.

Jeżeli więc wybierasz by swój wolny czas poświęcić na podobnych Tobie, w pewnym sensie wykoślawionych popaprańców – chyba robisz to dobrze. Chyba właśnie czynnie budujesz wspomnienia, które sprawią, że uśmiechniesz się w kiepski dzień. Chyba zdajesz sobie sprawę, że jeżeli nie teraz – to prawdopodobnie nigdy.

Zanim posądzisz mnie o natrętną kryptoreklamę, chcę powiedzieć coś o największym post-apo zlocie zwanym Oldtown. Możesz nie być miłośnikiem syfu/gorąca/smrodu… eee, przepraszam, miało być Postapo/broni/survivalu/alkoholu/kobiet/epickości* *pozdro, zwyrole, ale wiedz, że ludzie jadą tam właśnie po wspomnienia, których nie da się zduplikować*. *tak, wszystkie zdjęcia z Chorwacji/Tunezji/Grecji/Egiptu WYGLĄDAJĄ TAK SAMO. Deal with it.

Większość ludzi boi się zawsze przysłowiowego „Abo to, Abo tego”.

Doskonale wie, że cuda zdarzają się poza strefą komfortu, ale nie ma zamiaru się tam wypuszczać, „nobo wiesz, nobo ale”. Jeżeli uważasz, że nie dasz rady – ok – jeżeli nie spróbujesz, zawsze już będziesz o tym przekonany/a. Wrzuć tylko do głowy myśl, że ze wszystkiego zawsze da się wyciągnąć nauczkę, która buduje to, jakimi ludźmi jesteśmy i ile o sobie wiemy.

A może właśnie wiesz *KWIIIIK* o sobie.

Nie zasilaj tych szeregów. Uwierz, że decydując się na ryzyko, możesz dużo wygrać* *a dopóki jesteś w obrębie kraju, mało stracić. Do czego zmierzam? Kto nie był na obozie kettlebell czy na Oldtown w tym roku – to już nie będzie. Kto był – ten wie, i rozpładzać się w temacie nie zamierzam. Macie takie same szanse na rok następny.

Wszystkim obecnym – dzięki za wieczory pełne śmiechu, dzięki za miotaniem mnie na powitanie i za morze inspiracji. Wiem, że jestem słabym leszczem, ale przy Was mogę góry przesuwać. Albo przynajmniej kręcić głupie filmiki, które MNIE BAWIĄ, a wszystkim malkontentom KIJ W OKO.

Gdzie się zaczyna siła?

Standardowy

Wszystkich tych, którzy nie są porąbani (lub szczęśliwi) na tyle by móc trenować więcej niż dwa razy w tygodniu (lub wolą gadającą głowę) – odsyłam do videobloga po 9 minut dygresji na temat istoty doboru wagi odważników kettlebell.

Reszta malkontentów (lub koneserów) dostanie słowo pisane, choć prawdę mówiąc szlag mnie trafi jak częściej będę musiała robić jedno i drugie. Szantaże emocjonalne na mnie działają, gdyż z natury jestem zimną materialistką i dopóki mi za to nie płacicie – dopóty żądać możecie do uwalonej po kolana.. KWIK KWIIIK. Uznajcie więc poniższe słowa za ukłon w stronę wiernych fanów, którzy w godzinach pracy pozbawiają korporacje swoich cennych serc i dusz na kilka minut, by mnie poczytać.

Z uporem maniaka plotłam w odcinku videobloga o „Jak silny, że za silny”, podczas gdy chciałam powiedzieć „Jak silny, że znaczy silny”. Wyobrażacie sobie moje szczęście, gdy montując filmik do kupy odkryłam, że jestem niepełnosprytna językowo. Raz za razem. Punkt w punkt, mój mózg nie rejestrował lapsa. Wręcz był święcie przekonany o poprawności składni i odmiany przypadków.

Do grona moich cech, prócz niewątpliwego braku skromności i umiejętności nieumyślnego kopania ludzi po emocjonalnych cohones, dopisać muszę w CV brak zdolności do cenzurowania własnych wypowiedzi spowodowany niedostateczną wiedzą z gatunku „ja to powiedziałam, czy pomyślałam?”.

Ale. Co właściwie chcę tu dodać? W odcinku video podkreślam wagę doboru odważników – a właściwie częstym problemie per „patrzę co inni biorę i też to biorę”. Kto kiedykolwiek był na jakiejkolwiek sali z wolnym obciążeniem i samcami wie, że  kettle dzielą się na:

- Okurwanieweszło,
- szacunek ludzi ulicy,
- meeeeh,
oraz
- uważaj, bo ci lakier z paznokci zejdzie i do szminki nie będzie pasował.

Oczywiście każdy facet będzie w szoku, gdy okaże się, że kettle mają i inne odmiany typu 75%1RM, 83%1RM, etc. Wróćmy jednak do sedna – kiedy uznajemy, że ktoś może nosić nalepkę „SILNY” a kiedy „zostaw to bo się zabijesz”? W jakim przypadku koksowanie siły i zbitej masy mięśniowej zaczyna już przechodzić w groteskę?

Kiedy siła fizyczna jest przedmiotem zdrowego kultu, a kiedy chorobliwą obsesją?

Tak jak chłopy mają stan alarmowy na kobiece hasło „Jestem gruba”, tak kobiety postrzegają wyścig panów w stronę większych kettli. Jako kompletny, bezsensowny stan podwyższonego ryzyka, nieusprawiedliwiony logicznymi argumentami. Stawiamy sobie wszyscy jakieś cele – ok. Najczęściej jednak te cele są wypadkową środowiskową, sumą składników i ocen innych ludzi.

Będę szczupła, gdy będę ważyć poniżej 52kg. Będę szczęśliwa (bo szczupła), gdy w talii zobaczę 65cm, w udzie 48cm, a w cyckach 36C.
Będę silny, gdy podniosę więcej niż 50% wagi ciała. Będę gość (bo silny), gdy podciągnę się z XYZ kg, przebiegnę XYZ km, wycisnę XYZ ton.

Wszyscy machają 36-stką? Będę żygać po treningu, ale też pomacham.
Wszyscy pressują 1/3 wagi ciała? Nie ruszę rękami na drugi dzień, ale co tam.
Siadają z dwoma 24-rkami? Kaczka też się w końcu jakoś porusza po ladzie.
Podnoszą 200kg w martwym? Skaczą na skrzynię 90cm? Robią 200 Burpees? DASZ RADĘ, DASZ RADĘ!

Doping, motywacja, wszystko super. Jednak zanim się rozwalisz, może uszanuj własne ciało i siłę jaką Ci daje? Czemu zawsze PO kontuzji dochodzisz do wniosku, że to nie było tego warte?

Siła nie jest od tego, by się z nią obnosić i ciągle pokazywać. Siła nie jest po to, by wpychać ją innym do gardła. Siła ma wyższy cel i znaczenie.

Miej szacunek do siebie na treningu. SIŁA to nie nalepka, którą dostaniesz za ostre zapierdalanie (świnka Kurwinka poszła szamać. W końcu jest świnią.). Bądź mądry/a i nie ulegaj presji społeczeństwa na pokaż_wszystko_co_masz. Może się okazać, że Twoje cele są w bliskim zasięgu, jeżeli nie straszyć ich ciągłym krzykiem. Równie dobrze może się jednak okazać, że długa droga jeszcze przed Tobą, a pokory uczy się najmniej boleśnie w ciszy.

LESS IS MORE. (More or less.)

Lenistwo to też skill.

Standardowy

Staram się pisać regularnie, niestety zanim się obejrzę, to kolejny miesiąc się rozgaszcza, bociany wracają, kawa stygnie i ostatnia książka Hugh Howey’a „Sand” nie ma nic do rzeczy*. Wcale.

*jezujakryczałam

Zatem, by nie pozbawiać Was mojego uroku osobistego, postanowiłam skrócić męczarnie związane z cyzelowaniem słów* *i tak znajdzie się baran wierny tradycji „nie wiem, to się wypowiem”. Obszernie i publicznie, i ukazać się również Waszym uszom, nie tylko oczom. Zaraz oczywiście się zacznie, że po polsku mówić nie umiem, bełkoczę popadając w dygresję, wcale_nie_jestem_zabawna, że o co niby chodzi i CZY TA PANI PIŁA?

Wiem, że ciężko będzie niektórym uwierzyć, że ten słodki pyszczek z powitania przedtreningowego, to taki paskudny charakter naprawdę ma, i że nikt jej tekstów na bloga nie pisze. O zgrozo, zamierzam epatować emocjami, mimiką twarzy, przypadkowymi przedmiotami i irytującymi dźwiękami.

Wiem, że przynajmniej połowa z Was będzie w szoku, i że ten szok nie na moją korzyść zadziała – w końcu ja też jestem zwykle zawiedziona w kinie na ekranizacji książek s-f. Obiecuję jednak, że postaram się zawsze malować przed włączeniem kamery.

Wielu ludzi nie czyta ze zrozumieniem. Jeżeli w ogóle czyta.

Ilość pytań z którymi się zderzam co jakiś czas daje mi porządne podstawy do twierdzenia, że świat pełen jest osób, które lenistwo intelektualne doprowadziły do stopnia jedynej umiejętności regularnie szlifowanej. Opracowałam nawet swój prywatny ranking stopni umysłowego lenistwa (z fizycznym nie mam problemu) z podziałem na „jeden łyk kawy, jeden kubek kawy, jedna melisa w tabletce, jedno pierdole-to-wszystko-idę-czytać”. Kiedyś zapewne przedstawię go szanownemu gronu.

Tym przydługim wstępem – oto zapowiedź zmiany formy bloga. Nie zawsze oczywiście będzie to forma trzepotania jęzorem, gdyż jest wiele fajnych artykułów, które.. właściwie mogę Wam streścić ustnie i oszczędzić sobie czasu szukania odpowiedniej składni zdania. Ah tak. Jestem genialna.

Czasem będą również notki pisane. Głównie wtedy, gdy mój wygląd będzie sugerował potrzebę założenia torby foliowej na twarz, lub dostęp do narzędzi edytujących będzie utrudniony.

Ewentualnie mój debiut zostanie potraktowany z buta i tyle go będą widzieli. Tym czy innym sposobem, mam dla Was dzisiaj wypaśny trening. Enjoy.

Czas: 60 minut (+rozgrzewka)

Ćwiczenia:

1. Swing
2. Swing 1h
3. Highpull
4. Snatch
5. Overhead Squat / Clean+Squat

Rozpiska:
Jeżeli nie masz mobilności w barkach, podaruj sobie duży ciężar w Overhead’ach. Weź mały (po zrobionych snatch’ach), lub zostań przy tym którym trenujesz i wykonaj przysiady z kettlem w clean’ie.

Zielona:
Weź 8kg. Wykonaj swing oburącz a następnie od razu swing jednorącz. Spróbuj Highpull’a (ustawienie ciała jak przy poprawnie wykonywanej pompce na szeroko rozstawionych rękach) – jeżeli nie umiesz poprawnie wykonać Snatch’a – zrób więcej Highpull’i! Przysiady oczywiście możesz wykonać trzymając kettla w obu rękach (Goblet Squat), lub w Clean’ie.

Idziesz drabinką 1-1, następnie 2-2, etc. zmieniając ręce. Drabina od 1 powtórzenia do 5.
Serie: 2 lub 3.

Pomarańczowa:
Weź 12kg. Słabsza ręka idzie na większy odważnik. Drabina od 1 powtórzenia do 5. Serie: 2 lub 3.
Upewnij się, że masz opanowany Highpull zanim przejdziesz do Snatch. Wyjście mocne z bioder i wejście pod odważnik bez obijania nadgarstka!!!

Czerwona:
Weź 16kg. Wykonaj 1 lub 2 serie. Jeżeli czujesz, że jesteś silniejsza – możesz zrobić 3 serie (ale uważaj, poczujesz na drugi dzień!), lub zacząć w ogóle od 20kg (ty koksie). Pilnuj, by nie wykonywać siadów tak głębokich, byś miała problem ze wstaniem – jeżeli odważnik zaczyna się zachowywać podejrzanie, nie rzucaj go w tył! Zawsze przed siebie, tam gdzie nie masz stóp.

Kursy Instruktora Kettlebell w Polsce.

Standardowy

Oh tak. Spodziewam się, że notka ta będzie miała dużą „czytelniczość”, wzbudzi wiele emocji wraz z możliwym opluciem monitora, falę oburzenia pozbawionego pisemnej riposty oraz ową pisemną ripostę jak najbardziej. O czym NIE będzie? O tym, który styl – HS czy GS – jest lepszy. Będzie o czymś ponad to. Czemu? Bo jest sprawa, która ma wyższy priorytet.

KURSY INSTRUKTORSKIE, czyli..

Wszędzie chodzi o pieniądze. Zapamiętaj to.

Zanim włączysz możliwy guziczek z napisem „płomienny sprzeciw”, uniesiesz się słabo uargumentowaną dumą, czy też oświadczysz wszem i wobec, że przestajesz mnie czytać (serio?) – napiszę to jeszcze raz.

Wszędzie chodzi o pieniądze.

Kto gada inaczej – ten wychował się albo wśród komunistycznej propagandy, albo sprano go MLM’owskimi technikami. Jeżeli zaś twierdzisz, że to kwestia ideologii, z czym się utożsamiasz – to pamiętaj, że opinia tak jak orgazm – jest ważna dla każdego. Jednak czyjś Ciebie mało obchodzi.

Mogłabym napisać rzetelną notkę o dostępnych kursach w tonie ugodowym, z opisem wszystkich wad i zalet. Jednak to doprowadziło by do reklamy czegoś, czego reklamować nie chcę. Mogłabym zaryzykować stwierdzenie, że style istotne dla rozwoju wychowania fizycznego są dwa – a reszta to fit-popłuczyny i próby zabicia dwóch kur jednym rzutem kamienia na fali popularności odważników.

Chciałabym napisać, że każdy kto szkoli innych w używaniu powyższych odważników, a nie „wynalazków”, jest profesjonalistą. Jednak tak napisać nie mogę, gdyż w tym pięknym kraju pod wpływem pieniądza można publicznie zmieniać swoje opinie (pod egidą rozwoju) jak chorągiewka na wietrze i nikt nie uzna tego za deprecjonujące (serio? Najpierw to jest beee, a jak przyniesie pieniążki to już jest spoko? serio?!).

STÓJ.

Stop.

Sittzen Sie bitte.

Uważasz, że to chamski tekst? Uważasz, że przesadziłam? Że jestem gówniarą o niewyparzonym języku i „gówno wiem”?

Wyobraź sobie, że siedzę w tym biznesie od początku. Nie, nie od trudnych do udokumentowania „pionierów” w branży. Pierwsze zdjęcia grupowe w Polsce (nie wiem jak dla Ciebie, ale dla mnie grupa to powyżej 10 osób) ludzi trenujących kettlami zobaczyłam wraz z ich zrobieniem. Nie zamierzam czuć się gorsza, tylko dlatego że jestem 30-letnią kobietą o wyglądzie niefrasobliwej 22latki. I nie zamierzam pomijać milczeniem faktu, że do tej pory ludzie CKB wypowiadali się publicznie o „konkurencji” grzecznie lub wcale (co zdaje się powodować „ciche przyzwolenie” na różne wycieczki osobiste i szerzone kłamstwa), podczas gdy wzajemność nie następowała.

Pamiętam doskonale niezbyt odległe czasy, gdy kettlebell były kompletnie nieznane w kraju. Wraz z rozwojem CKB, rozwijała się siatka instruktorska – na wysokim poziomie, gdyż nie było właściwie ludzi z przypadku, ani tym bardziej takich, którzy widzieli łatwy sposób na szybki zarobek na fali rosnącej popularności. Tym osobom zależało, by naprawiać ludzi – by im pomagać ruszać się lepiej i częściej, by pokazywać, że jest alternatywa dla fitnessu i siłowni. Skąd to wiem? Byłam na każdym szkoleniu instruktorskim HardStyle w kraju.

Na swoim koncie mam RKC prowadzone przez Pavla Tsatsouline, 3 (słownie: trzy) kursy HKC, 4 (CZTERY!) kursy StrongFirst Kettlebell, kurs StrongFirst Kettlebell drugiego stopnia, kurs Barbell (sztangi) oraz kurs Bodyweight (kalistenika). Uczyłam się od Masterów, Team Leaderów oraz Zawodników o imponujących osiągach. Dodajmy do tego ostatnie szkolenie PLAN STRONG Pavla, nadmieńmy o 6 szkoleniach INTRO i możemy mieć obraz tego o czym mam pojęcie. Więc, jeżeli mówię, że mam pojęcie o HardStyle – to je mam. Czy czyni mnie to jestem alfą i omegą w sporcie? Oczywiście, że nie.

Z takim bagażem nie było by wcale dziwne, bym nagle zaczęła tworzyć swoje własne kursy instruktorskie – skoro niektóre osoby po jednym tylko szkoleniu czują się już władne do nadawania tytułów szkoleniowych. I nie tak dalej jak wczoraj, odrzuciłam propozycję podjęcia się szkolenia dla jednego z policjantów (z Zielonogórskiej Komendy Policji), które miało by mu umożliwić prowadzenie zajęć dla swoich kolegów. (Prestiż i fejm by się zgadzał) Czy pójdzie gdzie indziej po owo „przyklepanie/pozwolenie”? Zapewne. Czy będę miała na sumieniu idiotyczny wypadek lub ciężką kontuzję? Nie sądzę.

an_black

Chcesz zrobić tani kurs instruktora kettlebell w jakimś klubie?

Proszę, to Twoje pieniądze. Nie będę mówić Ci, jak masz je wydać. Wręcz na rękę mi, byś popróbował/a różnych szkoleń – wtedy docenisz to, ile StrongFirst oferuje. A że będziesz się nazywać „Instruktorem” już po kilkugodzinnym szkoleniu? Rynek oraz życie i tak to zweryfikują. Żaden papierek z napisem „Instruktor/Trener/Coach” nie da Ci gwarancji sukcesu w fachu.

StrongFirst, wbrew różnym bzdurnym teoriom które słyszałam, nie polega na kulcie siły fizycznej. Ceny kursów nie mają funkcji „prestiżowej”, nie są sztucznie wywindowane. Czemu trzeba potwierdzać swoje umiejętności co 2 lata, jak radzić sobie finansowo po takim wydatku, jak przygotować się do twardych wymagań egzaminacyjnych – to wszystko temat na osobną notkę.

Jakim instruktorem chcesz zostać, a jakim będziesz - to nie kwestia, czy wierzysz w Girevoy czy HardStyle. Moje preferencje znacie – czy przez to twierdzę, że GS (sportowa wersja) jest beznadziejna? Nie. Mam szacunek do sportu i zawodników, nie mam go jednak do sytuacji która od pewnego czasu ma miejsce w Polsce, gdzie (na przykład) osoby które NIE DOSTAŁY SIĘ w szeregi reprezentacji CKB Polska (z powodów braku umiejętności poprawnego nauczania) – z marszu mają nadawane „uprawnienia” gdzie indziej. Albo „szkolą” innych „instruktorów”. Takie akcje przyczyniają się do opinii rynkowej, że „kettle to kolejna ściema”, powodują kontuzje lub pogłębiają je u osób, które naczytały się szczerych recenzji o „cudownych właściwościach” treningu.

Wszędzie chodzi o pieniądze.

Im więcej osób będzie czuło się „władnymi” ustanawiania stopnia instruktorskiego z dupy, tym gorzej będzie działo się na rynku. To nie jest problem „kto teraz zarobi na kursie”, ale ile osób straci zdrowie (tak, fizjoterapeuci się cieszą!) albo dochód z wykonywanego fachu  w szerszej perspektywie.

Najpierw pracowałam nad tym, by wprowadzić kettle na stałe do treningu kobiet – zajęło mi to rok działalności na YT, by rozpropagować w sposób kobiecy to „męskie stękanie”. Kolejne lata to udowadnianie, że praca nad dobrą postawą czy likwidacją bólu – to nie fun z rodzaju obróbki granitu widelcem. Cały czas starałam się pokazywać, że treningi kettlebell to jedna ze sprawdzonych dróg do lepszego samopoczucia fizyczego i psychicznego (lookin’ good naked!)

Teraz przyjdzie mi pracować nad edukacją przeciętnego Kowalskiego, że „Instruktor Kettlebell” nie zawiera w sobie gwarancji jakości. Patrzcie jak się cieszę.

Czy kobietom podobają się umięśnione kobiety?

Standardowy

Kulturystką nie jestem, pomimo 5 lat treningów z ciężarami zaczynającymi się od 8kg i kończącymi na 60kg. Musicie uwierzyć na słowo, że cała zabawa z tłumaczeniem kobietom „od kettli nie urośniesz” weszła u mnie na nowy poziom, Shaolinu wręcz.

Oczywiście, że urośniesz.

Jeżeli odpowiednio poprowadzisz trening.

Wszystko co kobietom zostało w głowach po fitnessowym przybytku pięknych lat 80′, to to, że cardio odchudza a ciężary rozbudowują. Podobnież ma dzisiejsza młodzież, gdzie „fit” sylwetki przypominają chude fashion modelki z symbolicznie zaznaczonym mięśniem, którego nie udało się już spalić. A jak pokażesz dobrą* (w tym co trenuje) crossfit’erkę, to nagle crossfit już nie taki trendy.

miesnie

Nie zostało natomiast w głowie dorosłych dziś już kobiet to, że to cardio z ciężarami rozbudowuje sylwetkę, podczas gdy samo odświętne cardio Miss Sylwetki z Ciebie nie zrobi. Taki trudny wyraz na dziś do zgooglowania - hipertrofia mięśni. Jeżeli masz szum między uszami, napiszę to jeszcze raz:

By zwiększyć masę mięśniową, musisz wykonać dużo powtórzeń z różnym obciążeniem. Nie wystarczy tylko zwiększyć ilości powtórzeń, ani nie wystarczy trenować dużym ciężarem.

Jeżeli więc zwiększenie masy Cię nie interesuje, spokojnie możesz trenować z moimi filmikami – gdyż pierwotnie blog był skierowany do kobiet i formuła treningów musiała temu odpowiadać. Jeżeli jednak szukać sposobu na przykrycie kości mięsem – napisz do któregoś z instruktorów StrongFirst: 
http://www.centrumkb.pl/instruktorzy/

Ciężary mięśnie „robią” i niekoniecznie jest to ZUO. Pozostaje tylko pytanie JAKIE (i gdzie) mięśnie są dalej „kobiece” – a co już jest „obrzydliwie męskie” i „ale cycków nie ma” (ew.”sztuczne cyce ma”). Poniżej krótka wycieczka, podyktowana trendami a nie preferencjami autorki.

Krata na brzuchu nie zawsze będzie popularna u obojga płci – szczególnie, jeżeli tworzą ją „wypchnięte” mięśnie – to już kategoria FUUU. W modzie jest brzuch płaski, z „bocznymi wgłębieniami”. Strategiczny jest tu również pępek – powinien być małym wgłębieniem, bez owłosienia dookoła.

brzuch

Linia wzdłuż uda, oddzielająca czworogłowy, to coś z gatunku „seksi”, jednak samo udo nie może być proporcjonalnie zbliżone do talii (sorry, nawet u faceta). Najlepiej, gdy proporcjami zbliżone jest do 1/3 obwodu talii u kobiet i 2/3 u mężczyzn.

Zaznaczona linia grzbietu, z lekko „odkrytym” kręgosłupem. Kuszące są również nad_dupne dołeczki, jednak ich obecność jest już sprawą genetyczną. Jeżeli więc ich nie masz od urodzenia, możesz starać się nadrobić dołeczkami górnymi, tymi tuż poniżej żeber.

plecki

Widoczny podział pomiędzy bicepsem i barkiem, u faceta również triceps. Jedynym zastrzeżeniem u płci pięknej jest, by podział był widoczny ZAWSZE i na każdym zdjęciu, a obwód nie przekraczał 26cm* (u Angeli to 31,5cm – tyle wygrać!).

Szczupła pęcinka – czyli łydka zakończona poważnym zwężeniem naruszającym prawa fizyki. Kontynuacją pęcinki jest rozmiar 36, gdyż 35 to kłopot, a 37 średnia krajowa. Najbardziej pokrzywdzone są kobiety, u których nie widać przejścia pomiędzy obłędnie długą łydką (z koniecznie zaznaczoną linią pionową) a stopą. Niestety, nie znam ćwiczeń na „wyszczuplenie” stawu skokowego.

no_ankle

 

To chyba najściślejsze podsumowanie jakie jestem w stanie rozpisać. Z premedytacją o pupie nie piszę, gdyż pupa zasługuje na zupełnie odrębną notkę. By nie było, że cała notka trąci infantylizmem, przedstawiam również krótki opis (nie mój) sylwetek kobiecych ze świata kulturystki. Tak, by było jasne ile pracy muszą te kobiety włożyć w swój wygląd i, że

PRZY 2 TRENINGACH W TYGODNIU Z KETTLEBELL NIE JESTEŚ W STANIE IM DORÓWNAĆ.

1. Bikini

W tej kategorii kobiety są bardzo szczupłe. Sędziowie szukają bardziej „miękkiego” wyglądu niż w przypadku pozostałych kategorii (nie szukają tej samej ilości masy mięśniowej lub jej definicji co w innych kategoriach). Zawodniczki są oceniane na podstawie utrzymania równomiernie zbudowanej sylwetki, opanowania póz podkreślających wygląd pod kątem z przodu i z tyłu. Pomyśl smukłych i odtłuszczonych dziewczynach, Sports Illustrated i modelki  Victoria Secret.

2. Sylwetka

Sędziowie szukają tego samego typu budowy ciała, jak w kategorii Fitness jednak nie jest to taneczny pokaz siły i zwinności, tylko pozowanie. Zawodniczki są oceniane ze wszystkich stron, a celem ich sylwetek jest mieć atletyczny wygląd – szerokie ramiona przy wąskich biodrach i udach.

3. Fitness

Celem tej kategorii jest mieć wysportowany wygląd, który sędziowie będą oceniać pod różnymi kątami. Jedną z rzeczy, która odróżnia ten podział od innych jest to, że zawodniczki pokazują się w układzie ćwiczeń do muzyki. Cały pokaz ma określić ich elastyczność, poziom szkolenia gimnastycznego, siły i sprawności fizycznej. Figury dziewczyn i ich umiejętności najbardziej przywodzą nam na myśl określenie „fit”.

4. Klasyka

W tej konkurencji sędziowie patrzą na masę mięśniową i jej definicję, oraz na bardzo niski procent tkanki tłuszczowej. Porównania sylwetek są dokonywane w grupach zawodniczek, gdy wykonują one pozy, które pokazują ich definicję mięśni.

PLAN STRONG or don’t plan at all.

Standardowy

 Jeżeli wciąż nie wiesz, kto to Pavel Tsatsouline („Caculin” mi zgrzyta w oczach), to znaczy, że za mało rosyjskiej miłości było Ci dane. I żeby było jasne – w odróżnieniu od miłości po francusku – miłość po rosyjsku oznacza pewną samowystarczalność, nieznaczny poziom masochizmu oraz kompletny brak tolerancji na słabość. Yes, there you have it, I’ve said it.

Nie będzie to relacja wiernopoddańcza, chwaląca ojca założyciela metody HardStyle. Nie będzie wiele o Wodzu wodzów, Najwyższego Kapłana Żeliwa. W każdym sporcie znajdzie się przywódca mądry, bystry, zabawny i twardy. Harde spojrzenie, miły uśmiech, niepozorna sylwetka. Można by przejść obok i go nie zauważyć, nie można jednak nie zawrócić posłuchać, gdy się odezwie.

 

Wszystkie dotychczasowe DVD i książki były.. proste. Język, humor, koncepcje. Odczarowywanie magicznego narzędzia jakim był kettlebell, było trochę szokujące. Dlaczego? Bo nastąpiło w czasach, gdy maszyna do biegania (popularnie zwana bieżnią) zaczynała przypominać sprzęt do programowania rozkładu lotów transatlantyckich. W czasach, gdzie do każdego z miliona ćwiczeń potrzebny był inny sprzęt, każda partia ciała wymagała setki osobnych ćwiczeń, a kult ludzi silnych wyparli kulturyści.

I przyszedł Rusek, który namieszał.

Młodzi nie pamiętają lub nie wiedzą. Trenując teraz popularne obwodówki, lub mówiąc modnie – treningi funkcjonalne – uważają, że USA/Rebook wymyślili koncepcję rozwoju wielu grup mięśniowych w ćwiczeniach o ruchach przypominających naturalne czynności wykonywane przez aborygenów spierdalających przed drapieżnikami.

O ile można dyskutować przy piwie na temat za i przeciw szkodliwości trendów fitnessowych, o tyle koncepcja NARZĘDZIA w treningu wywołać już może kłótnię. Trzymanie się jednego prowadzi do wymiany poglądów na temat crossfit’u, niekoniecznie kończących się filozoficznym ukontentowaniem tudzież inną cywilizowaną formą podsumowania.

Możesz nie być fanem surowych reguł gry (deadlift, swing, press, squat, snatch, TGU) lub żeliwnej kulki. Możesz preferować sztangę lub masę własnego ciała. Bez znaczenia. PLAN STRONG nie służył udowadnianiu, że „my mamy rację, wy się mylicie”. To było raczej „Może macie rację, ale my wiemy, że się nie mylimy”. A co z NARZĘDZIEM treningowym?

Dopóki ma kilogramy, które można policzyć – jest ok.

Zanim jednak krótko streszczę dwa dni szkolenia trwającego po 10 godzin, wyjaśnię pewną leżącą u podstawy koncepcję:

- Jeżeli chcesz schudnąć – przestań otwierać lodówkę.

- Jeżeli chcesz się wyrzeźbić – uprawiaj dietę.

- Jeżeli chcesz wzmocnić się, stać się silniejszym, sprawniejszym i spokojniejszym – rozplanuj swoje treningi.

Można uprawiać sport dla czystej przyjemności, by spalić nadwyżkę kalorycznych posiłków, zahartować swojego ducha czy integrować się w bardziej szczęśliwym społeczeństwie. Nie ma w tym nic złego. Wręcz hobbystyczne uprawianie treningów, bez wgłębiania się w meandry wiedzy wychowania fizycznego, miewa bardzo zbawienny wpływ na ludzi. Wysiłek fizyczny ma moc oczyszczającą umysł. Może być początkiem nowej drogi życiowej, nauką pokonywania trudności, formą otworzenia się na kontakty międzyludzkie.

Drogą do nabrania szacunku do swojego ciała i jego niesamowitych możliwości.

Jestem doskonałym przykładem książkowo/komputerowego śledzia, wszystko_wciągającego jamochłona najszczęśliwszego wtedy, gdy świat o nim zapomina i nic od niego nie chce. Pomimo, iż wewnętrzna potrzeba posiadania mentora (ah, te Gwiezdne Wojny) rzucała mną o różne aktywności fizyczne od maleńkości, nigdy nie uważałam się za SPORTOWCA, tudzież nigdy nie zaliczyłam poważnego sukcesu wskazującego na moją wartość treningową.

[DYGRESJA: Wręcz, patrząc na moje grube kości, każdy rozumiał mój bezczelny i kąśliwy język oraz brak społecznej ogłady (mówiąc prosto: kultury osobistej). Grube od zawsze może być tylko* albo bardzo chamskie i wredne, albo bardzo kochane i pocieszne  (*nie ja to wymyśliłam).]

Streszczając dwa dni szkolenia:

MATMA, MATEMA, oraz MATEMATYKA. 

Prócz świetnej historii świata liftów olimpijskich, wprowadzenia w płaszczyznę badań Medvedeva, Romana, Chernyaka oraz innych „klasyków gatunku”, Pavel zaprezentował nam system, który ja osobiście nazywam „łamaniem własnych rekordów” – niestety, związku z SSST to nie ma. i teraz wszyscy wydali z siebie jęk zawodu

Dla kogoś kto celuje w wyższego Pressa (bądź też jakiekolwiek wyciskanie sztangi), Przysiad (wszelaki, również ten na jednym kopycie), czy Martwy Ciąg masą konia z wózkiem pełnym węgla – to było jak Święta. Zanim jednak ktoś prychnie – przypomnę, że ta święta trójca to podstawa wielu innych umiejętności. I może 30kg na niej od tak nie schudniesz, ale jeżeli swoją budową przypominasz wyliniałego yorka – to  na pewno nałożysz zdrowego mięsa na kości, gdyż o hipertrofii też Paweł mówił – a Angela słuchała.

I tym sposobem muszę co niektórych zmartwić – kopytkuję na pełnej ku..rce w stronę zajebistości, zatem od poniedziałku rozpoczynam swój plan treningowy i ani mi się myśli przerywać go na radosne hulanie czarnym szczęściem (za to będę nagrywać w real time każdy mój trening i możliwe, że trafi to do internetów). Jeżeli masz zacny zamiar pobić swój rekord – napisz do mnie. Bardzo możliwe, że w szale wprawiania się w programowanie z wyższej półki rozpiszę Ci gratis miesięczny program indywidualny. Obostrzenia są dwa: nie możesz być osobą początkującą oraz musisz mieć żelastwo.

Autoreklama nie hańbi.

Standardowy

Żyjemy w kraju, w którym ciągle uczą, że nasze dokonania krzyczą za nas samych. Że powinno się cicho zapierdalać, a sukces sam buchnie podczas gdy my w pełnej pokorze* *i z obowiązkowym pąsem będziemy „znosić” zachwyt publiczności.

Przepraszam, ale tak to nie działa. Jeżeli nie gdaczesz, to nikt nie zwróci uwagi na Twoje jajko. I nie ma znaczenia, że myślisz, iż Twoje jajko jest zwyczaje, albo że lepszych lub większych jajek na świecie jest masa, a do tego mają lepsze kolory.

Wiesz, komu najbardziej przeszkadza to, że się pochwalisz własnym osiągnięciem?

Zakompleksionej miernocie.

Normalnej osobie, która lubi siebie i swoje życie, która spełnia się w swoich pasjach, nie gardzi swoją pracą oraz otacza się ludźmi, którzy są dla niej wartościowi i dobrzy - NIGDY nie będzie przeszkadzać Twój sukces! Dlaczego? Bo takie osoby, nawet jeżeli nie będą szczać pod siebie z zachwytu nad Tobą i Twoimi osiągnięciami – nie będą ciągnąć Cię w dół przykrym komentarzem, złym słowem czy degradującym podsumowaniem. Nawet jeżeli Twój sukces jest dla nich przeszłym dokonaniem lub rozgrzewką.

Denerwuje Cię, że koleżanka chwali się, że przebiegła 3km lub podniosła 8kg i wszyscy jej klaszczą, a Ty codziennie ciśniesz 15km albo wywalasz 20kg i wszyscy mają to w dupie? Odwróć te naturalne emocje. Pogratuluj również. To dla niej będzie dużo znaczyć, jeżeli podzielisz się swoim doświadczeniem, jeżeli z entuzjazmem będziesz mówić o kolejnych etapach, które ona sama może osiągnąć.

NIGDY nie przyćmiewaj czyjegoś szczęścia i blasku. ZAWSZE wspieraj czyjś sukces. Dlaczego? Nie, nie dlatego że to się opłaca, czy dlatego że samemu możesz na tym blasku zyskać. Dlatego, że IT’S A GOOD THING TO DO. Dlatego, że otacza nas za dużo zawiści i złośliwości, i jeżeli będziemy do tego sami dolewać, to nas żółć zaleje na amen.

Zauważyłam, że gdy ktoś się chwali, rozstępuje się Morze Czerwone. Jedni słodkopierdząco piszą/mówią „Najlepsza!”, nie mając pojęcia o temacie, ale pragnąc utożsamiać się z Jakimś Mistrzem (bo to podobno nobilituje – taka znajomość). Drudzy albo rzucą kąśliwą uwagą, albo zmilczą, kumulując w sobie poczucie niesprawiedliwości na świat, który ich nie docenia. I tak w zależności od liczby papierowych przyjaciół*, usłyszysz, że albo jesteś Bruce Lee, albo Pizdą kopiącą w cytrynę**.

*papierowy przyjaciel – jest gdy jest dobrze, nie ma go gdy jest źle

**żarcik ze starych internetów

Proces warunkowania podobnego społeczeństwa to temat na kilka prac magisterskich. Ważne by zrozumieć, że nagradzając czyjś wysiłek NIC nie tracisz. Twoje umiejętności nie maleją. Twoje osiągnięcia się nie dewaluują. Twoje plany się nie przedawniają.

Są miliardy ludzi na świecie – nie, nie jesteś wyjątkowy. Zawsze znajdzie się chociażby jakiś Chińczyk, który umie coś lepiej, robi coś lepiej, skacze gdzieś wyżej. Zawsze będzie ktoś lepszy z rachunku prawdopodobieństwa. Jeżeli masz zamiar się porównywać – to tylko po to, by planować własną drogę na szczyt. Jeżeli masz konkurować, to tylko po to, by osiągnąć swoje 300%.

Masz obowiązek wobec własnego ego, do cieszenia się publicznie ze swoich umiejętności, ze swoich osiągnięć, ze swojego progresu. Jeżeli tego nie robisz – a nie mówimy tu o wpychaniu innym ludziom własnego sukcesu w gardła – nie dziw się, że „jesteś dla ludzi nikim”. Każdy jest własnym pępkiem wszechświata. Daj się poznać jako zajebiście duża planeta w ich systemie, a bardzo się zaskoczysz.

Niniejszym chciałam pochwalić się swoją boską Marlenką – znając ją nie od wczoraj doskonale zdaję sobie sprawę, co ten bieg (Puchar Polski Skyrunning 2015 -> Chojnik Maraton.) dla niej znaczył. Kto śledzi mojego funpage’a na pewno odsłuchał ostatniej audycji, w której Marlenka mówiła o kettlebell i bieganiu. Przypomnę: KLIK KLIK

No. A teraz mam elegancki powód by siebie/się pochwalić.

W ramach wsparcia – wysyłam kettlowy kubek* mocy. *a co to? tu: http://powerworkout.blog.pl/sklep/

A dlatego, że nastąpiła miłość od pierwszego wejrzenia, dorzucę to:

Tam z kolei wspierająco-motywująco wysyłam ostatnią koszulkę PW jaka mi została.

Trening na czczo, czyli pytanie o śniadanie

Standardowy

UWAGA! ZAWIERA OBRAZY DRASTYCZNE! #nomakeup #morning #zombiegirl #readytokill #donttalktomeunlessyouhavecoffee

Przez dobre 4 miesiące testowałam na sobie metodę T.Ferrisa („24 godzinne ciało”) na obecność śniadania w śniadaniu. Dla tych, co nie czytają mnie od czasów wyginięcia dinozaurów przypomnę, że Angela śniadania jeść nie umie, za to jebitna kolacja nie sprawia jej trudności. Od czasów gdy biegała za wymienionymi już dinozaurami w małych badejkach, śniadanie to była abstrakcja czyniona jedynie przez mojego ojca. Reszta familii miała mleko z kawą i plany na zawładnięcie świata, ewentualnie włączała komputer przed pierwszym otworzeniem oczu i rzeczywistość docierała do niej późnym popołudniem.

Zatem śniadanie to był posiłek w okolicach godziny 13:00, w kręgach ludzi pracujących popularnie zwany lunchem. Warto jeszcze napomknąć, iż nigdy nie przydarzyło mi się z własnej woli trenować przed tą godziną, inaczej.. aaaa właśnie. Dochodzimy do sedna. Czy trening na czczo to katalizator palenia kalorii? Czy taki trening nie liczy się podwójnie? Czy to nie sekret pilnie strzeżony wszystkich bodybuilderów i modelek bieliźnianych?

Gdy chodzi o podejście do topienia tłuszczu (i nie jest to ten obejmujący krewetki), łatwo rozpętać shitstorm. Jedni będą zaciekle bronili, drudzy wyśmiewali, a trzeci spróbują i tak. Gdy mówimy o opiniach czy umiejętnościach, nikt nie dziwi się, że ludzie są różni. Jednak kiedy zaryzykujesz stwierdzenie, że w dietetyce na jednych działa coś inaczej niż na drugim – kabom! Masz dyskusję o wyższości jednych racji nad drugimi.

Dlatego nie wchodzę w dietetykę. Dlatego nie doradzam, co najwyżej proponuję popróbować. Działa na Ciebie „5-6 małych zrównoważonych posiłków dziennie”? Good for you! Próbowałam, oszalałam, podziękowałam. Nie masz problemu z IF 16/8*? Good for you! Nie zmuszaj partnera.

*intermittent fasting – post okresowy, w metodzie 16/8 nie jesz przez 16h by móc jeść wszystko co chcesz w ciągu 8-godzinnego okna żywieniowego.

Stosowałam IF 1/7 (dni tygodnia) przez rok czasu z powodzeniem. Czułam się świetnie, miałam napiętą skórę, wyostrzone kubki smakowe, małe obwody no i 55kg mięcha na wadze. Jednak pazerność i zachłanność mnie zgubiły, dlatego zaczęłam szukać innej drogi. Natknęłam się na Ferrisa, dałam się ponieść. Niestety nie wyszło – w dużej mierze przez to cholerne śniadanie, które trzeba zjeść w godzinę po obudzeniu.

 Ale co z tym treningiem, no?

Zawsze słyszałam sportowców spierających się o tą kwestię z równą zaciętością, co o najlepszy smak białka. Wiele bzdurnych teorii krąży w świecie fitnessu, obalenie niektóre jednak łatwo znaleźć w nowych badaniach. Jako, iż miałam ostatnio do czynienia z wmuszaniem śniadania w siebie (już mi przeszło, dziękuję), zainteresowałam się koncepcją „spal więcej tłuszczu trenując na czczo”. Jak to zwykle bywa, najpierw patrzyłam na zwolenników takich, co na zdjęciach wyglądają po spartańsku. A potem sięgnęłam po badania, o tu: KLIK KLIK

Jako, że artykuł stał się płatny, a i tak wolelibyście podsumowanie po polsku, oto jego key points:

- intensywny trening cardio na czczo nie jest odpowiedni w przypadku, gdy chcesz zachować masę mięśniową (dla wszystkich tych, co koksują siłę – pamiętajcie, że spadek mięśni, oznacza spadek siły)

- spalając więcej węglowodanów podczas treningu (czyli po posiłku), spalisz więcej tłuszczu w fazie PO treningu. Więcej energii = więcej do wydania.

- zjedzenie śniadania przed treningiem nie wpływa na spowolnienie lipolizy (w dużym skrócie: lipoliza odpowiada za proces utleniania się tłuszczy w naszym organizmie służąc nam za źródło energii)

- zjedzenie śniadania przed treningiem przyczynia się do aktywowania efektu termicznego (organizm traci energię na „poradzenie sobie” z żarciem) w organizmie

- intensywny trening na brakach glikogenu w mięśniach przyczynia się do zwiększenia proteolizy (czyli kontrolowanego rozpadu białek wewnątrzkomórkowych), co degraduje siłę mięśnia

PODSUMOWUJĄC podsumowanie: Twoje życie, Twój wybór. Z badaniami jednak ciężko się kłócić. Zjedz mały posiłek, nim zaczniesz harce. Dorzuć do tego jeszcze BCAA, by rzeźbić w masie!

Czas: 45 minut (+rozgrzewka)

Ćwiczenia:
1. Martwy ciąg + pompka
2. Swing + Press
3. Front Squat w Clean x2

Rozpiska:
Jeżeli trenujesz z jednym kettlem, rozpiskę znajdziesz w sekcji Zielonej – nie oznacza to łatwiejszego treningu, jeżeli machasz więcej niż 8kg! Mogę wręcz zaryzykować stwierdzeniem, że jedną kulką wykończysz się bardziej. Dwie pilnują przypięć za Ciebie – czas odpoczynku będzie też dłuższy. Jeżeli więc uwielbiasz czołganko – weź 12kg lub 16kg (ladies).

Zielona:
Weź 8kg. Wykonaj martwy ciąg jednorącz (pilnuj by się nie przekręcac na stronę ręki obciążonej – mocno spięty brzuch!) a następnie pompkę (jedna ręka na kettlu, podpór możliwie wąsko; nie rób pompek damskich, zepnij brzuch i pośladki). Idziesz drabinką 1-1, następnie 2-2 (dwa razy swing, potem dwie pompki), etc. zmieniając ręce. Drabina od 1 powtórzenia do 5.
Przy drugim combo zwróć uwagę na brak ugięcia kolan. Drabina od 1 powtórzenia do 4. Mocno przypnij pośladki i brzuch.
Przy trzecim combo przed przysiadem zrób Swing jednorącz a następnie clean. Przytrzymaj drugą dłoń na tej z odważnikiem, dupa w dół. Zmieniaj strony. Drabina od 1 powtórzenia do 5.

Pomarańczowa:
Weź 8kg i 12kg. Słabsza ręka idzie na większy odważnik. Pilnuj by nadgarstki w pompce nie uległy załamaniu – na małych kettlach robienie pompeczek tricepsowych może być wyzwaniem! Drabina od 1 powtórzenia do 5.
Upewnij się, że masz opanowany clean zanim przejdziesz do double clean. Wyjście mocne z bioder jak zwykle jest tutaj największą tajemnicą – kopyta w ziemię, brzuch gotowy na przyjęcie ciosu Chucka Norrisa. Uważaj na palce, jeszcze Ci się mogą przydać. Przy Press nie puszczaj mięśni brzucha, inaczej siądzie Ci grzbiet. Drabina od 1 powtórzenia do 4.
Przy przysiadach pamiętaj, że szerokość Twojej pozycji jest szersza gdy „podbierasz” kettle. Zrezygnuj ze swingu, wchodź od razu w clean. Dupa do ziemi, hej! Drabina od 1 powtórzenia do 3.

Czerwona:
Wskazówki z powyżej. Weź 12kg i 16kg, chyba że jesteś mężczyzą: 20kg i 24kg. Drabina od 1 powtórzenia do 5 powtórzeń dla pierwszego combo. Drabina od 1 powtórzenia do 4 powtórzeń dla drugiego combo (jeżeli Military Press nie wchodzi – rób Pushpress). Drabina od 1 powtórzenia do 3 powtórzeń dla trzeciego combo. Zmieniaj strony po każdej serii.

Enjoy!

 

P.S. T.Ferris mi się nie sprawdził z uwagi na potrzebę szamy w pierwszej godzinie po obudzeniu (still, I like him very much). Jeżeli jednak nie masz ze śniadaniem problemu, gorąco doradzam jedzenie w obrębie 30 minut od przebudzenia. Ferris przytacza badania, że pomaga to schudnąć.

Jak zaoszczędzić na instruktorze?

Standardowy

Jedni mogą nazywać to dojrzewaniem w zawodzie, inni – cynicznym stetryczeniem – ale czy to tylko ja, czy świat głupieje coraz bardziej na punkcie Fit Gwiazd i Gwiazd Fitnessu? Nie jestem fitnessowym nazistą, by głosić Czystość i Wyższość jednego trendu nad drugim* *yes, who am I kiddin’? Kettlebellz Rulez! Handluj z tym. ale mdłe „rób cokolwiek, ważne że robisz!” zawsze nagradzałam odruchem wymiotnym. Powoli wkraczająca tendencja by ćwiczyć dla zdrowia a nie wyglądu – bardzo mnie cieszy.

Nie cieszy mnie jednak, iż teraz każdy jest instruktorem wszystkiego. Każdy doradza, uczy i inspiruje, włącznie z mą nader skromną osobą* *która ma wystarczająco dużo dystansu do siebie i zdrowego rozsądku by popełnić poniższą notkę. Żodyn jednak nie ponosi odpowiedzialności za to, co mówi/pisze/objaśnia. Żodyn.

Czym się różni kiepski instruktor od dobrego? Nie papierkiem, o dziwo nie latami doświadczeń. Ilość odbytych szkoleń to też nie świadectwo JAKOŚCI wiedzy, jaką instruktor posiada. Wartości z jakimi się identyfikuje i narzędzia, którymi się posługuje – to już jest jakieś okno na świat tego instruktora. A przynajmniej diagnoza, jakie skrzywienie posiada.

Dobry instruktor przed każdym ćwiczeniem odpowie sobie na pytanie – co owe ćwiczenie ma mi „dać”? Przed ustaleniem ilości powtórzeń – co chcę osiągnąć? A przed zaprojektowaniem rozkładu i kolejności ćwiczeń – co chcę uzyskać? Jak jedno ćwiczenie w takiej ilości serii wpłynie na drugie i trzecie?

Ale tego Klient nie wie. Klient widzi to, co jamochłon chce widzieć:

- czy Instruktor/ka dobrze wygląda?

- czy składa obietnice równie szybko co polityk?

- czy jest silniejszy/wytrzymalszy/szybszy?

- czy na zajęciach jest „fun”?

- czy się pocę jak świnia, a zatem spalam milion kalorii?

- czy puchnę w bajsepsie, a zatem rosnę?

- czy na drugi i trzeci dzień mam zakwasy, a zatem był DOBRY TRENING?

- czy motywuje mnie, głaszcze, klaszcze, lub spank’uje?

Co do zakwasów – to tak, temat głęboki, więc będzie w następnej notce. Co do różnic pomiędzy cheerleaderką a instruktorem, to wypowiadałam się nie raz, trzeba sobie odkopać. Co do wyglądu instruktora – no cóż, jestem za tym, by swoją sylwetką popierać to, co się propaguje* *ja, na przykład, propaguję posiadania mięsa na kościach.  więc jeżeli Instruktorka jest chudsza niż ustawa przewiduje, a uprawia łagodny pilates z elementami zawierającymi żywsze bicie serca – to niech się wypowiada w kwestii diety, a nie ćwiczeń na zrzucenie 5kg. Nie wiem jak do Was, ale do mnie trafia zawsze historia, a nie utrzymywanie statusu quo.

Wracając jednak do tematu przewodniego – Jak zaoszczędzić na Instruktorze?

Otóż sposobów jest sporo. Można gwałcić przyciski na Youtube lub aplikacji na mądrym telefonie. Można samemu wymyślać sposoby aktywności i uczyć się (lub nie) na własnych błędach (hello bieganie!). Można czepiać się różnych zajęć i po kilku zajęciach, odtwarzać proces samemu w domu/siłowni. Można wysyłać maile do różnych instruktorów, obowiązkowo z własną historią, problemami i dziesiątką pytań, wraz z prośbo-żądaniem. Post scriptum: to jest BARDZO w złym tonie, uwierzcie mi.

Można również zaopatrzyć się w KSIĄŻKĘ. A nowości wydawniczych w empiku – jak na wiosnę przystało – jest płodnie.

Nie zajmuję się bieganiem, więc tematu książek dot. biegania nie poruszę. Dość powiedzieć, że znajdziecie ich cały regał.

Dokładnej recenzji nie napiszę, nie powiem co sądzić. Nie zajęłam się treningiem w celu zmiany wyglądu, tylko ze względów zdrowotnych – dlatego wiele z przywar fitnessu mnie ominęło i omija. Przejrzałam książki i kojarzę nazwiska. Wypowiem się obiektywnie, bez udawania Ą i Ę.

Co tam mamy? Dobre (jakościowo) zdjęcia, wiele wiele WIELE ćwiczeń (jako zwolennik klasyki nie będę komentować). Sporo tekstu – ciężko powiedzieć czy jednego czy więcej autorów. Są porady, są przepisy, są inspiracje. Niejednokrotnie doszukać się sensu w planie treningowym (jeżeli takowy istnieje) to nie łatwizna dla osoby początkującej, choć nazwiska mają poparcie w tytułach i chciało by się móc zaufać w pełni, bez zbędnego myślenia.

Chcę jednak nadmienić, że myślenie jest zawsze niezbędne.

W pierś (młodą i jędrną) się biję, bo też miałam epizody, gdy trening układałam w myśl zasady: to jest fajne i to jest fajne, więc razem z tym trzeci, to już w ogóle zajebiste będzie. Po tym jednak natchnionym dążeniu do fajności przyszło orzeźwienie. Mniejsza o okoliczności przyrody i postacie drugoplanowe.

Zawsze będzie moda na bycie Fit, tak jak zawsze będą kolejki w McKwaku. Nie zaoszczędzisz na dobrym instruktorze, zaoszczędzisz na bylejakim instruktorze. Warto poszukać dobrego, nie z uwagi na możliwość odcięcia się od procesów myślenia, ale dlatego by nauczyć się myśleć ‚treningowo’ i by móc być niezależnym od dobrego instruktora.

Dobry niekoniecznie oznacza „fajny”, „ładny” czy „miły”.

Dobry instruktor to taki, który nauczy Cię myślenia, techniki i proporcji. Czy zostaniesz z nim/nią, czy postanowisz trenować samodzielnie – to będzie Twój wybór, nie konieczność.

Kiepski instruktor będzie wiązał Cię ze sobą czy to poprzez emocje (tylko on/a zmusza Cię do ruszenia dupy!), system nagradzania, brak rzetelności w tłumaczeniu (w sumie, to nie wiesz czy dobrze robisz?), zatajanie (nie ma ‚sekretów’, ale są poważne niedomówienia) lub manipulację (masz efekty dopóki płacisz). I na takim możesz zaoszczędzić.

 

p.s. najnowszym sponsorem braku odcinka z treningiem jest Dmitry Glukhovsky ze swoim „Futu.re”. Zażalenia i skargi proszę kierować do niego.

Kurs na Instruktora Strong First

Standardowy

Zbliżamy się coraz szybciej do tegorocznego kursu StrongFirst Kettlebell Instruktor (29-31 maj). Jako, że ciągle mam do czynienia z pytaniami na temat wymagań oraz pytaniami odnośnie radzenia sobie z odciskami na dłoniach – notka będzie fachowa*. *to nie moja wina

Zacznijmy od wymagań – i najczęstszych obaw kandydatów na kettlowych zawodowców. Jako, że swoje egzaminy miałam 2 lata temu i właśnie kończą mi się uprawnienia, musiałam uaktualnić moje dane – a przy okazji wczytać się odnośnie kursu StrongFirst Girya level II. Zanim rozpiszę się o technikaliach, poruszę ważną kwestię. Instruktor SF to nie tylko technika i siła. To przede wszystkim umiejętność bezpiecznego nauczania – co jest oceniane równie krytyczne, co Wasze swingi i pressy.

I co może Was zaskoczyć – a wierzcie mi, już przynajmniej jedną osobę „zaskoczyło” – to ostatni punkt ogólnych wytycznych:

ZACHOWUJ SIĘ JAK PROFESJONALISTA. *albo załatw dublera

Oznacza to między innymi, że jesteście oceniani podczas CAŁEGO kursu, a nie tylko części egzaminacyjnej, która ma miejsce w ostatnim dniu szkolenia. „Ale jak to?!!” Normalnie. Senior SF ocenia Wasze zaangażowanie, Waszą pilność, Wasze słuchanie wskazówek, Wasze nastawienie, Waszą wolę walki (pomimo, np. braku siły czy umiejętności), Wasze podejście. Jeżeli nie umiesz zostawić telefonu komórkowego w szatni, żujesz gumę w trakcie zajęć lub nie robisz notatek – możesz się zdziwić.

Czy można wydać prawie 5 tysięcy złotych i mieć wyjebane podczas kursu? Czy można wydać prawie 5 tysięcy złotych i dalej robić „po swojemu” demonstrując kompletna głuchotę na wskazówki instruktora? Czy można wydać prawie 5 tysięcy złotych i żądać certyfikatu za sam fakt wydania pieniędzy? Można. Można też przeznaczyć zamiast tego te 5 tysięcy złotych na jakieś schronisko i liczyć na to, że karma wróci. Bo tak po prostu wyrzucić – to szkoda.

Jakim jesteś człowiekiem – tego z dnia na dzień nie zmienisz. Jak jednak przygotować się do kursu w sensie technicznych umiejętności? Jeżeli byłeś/aś na INTRO w Zielonej Górze to masz z górki. Na kursie SF nie uczą absolutnych podstaw ruchowych – skupiają się na zakresach technik nauczania innych osób. Jeżeli więc sam nie potrafisz poprawnego Martwego ciągu, to Twoje życie będzie piekłem.

Pierwsza sprawa: Jaka jest moja kategoria wagowa i jakie odważniki mnie obowiązują?

Odpowiedź:
a) W przypadku kobiet, jeżeli ważysz mniej niż 56kg (ważenie przed egzaminem) bierzesz 12kg do Snatch Testu (100 powtórzeń w 5 minut), Swing’a jednorącz (5 powt na stronę), Pressa (5 powt) i 16kg do TGU (1 powt na stronę). Bierzesz 2 odważniki po 12kg do podwójnego Clean (5 powt), podwójnego Squat (5 powt).

b) W przypadku kobiet, jeżeli ważysz więcej niż 56kg (ważenie przed egzaminem) bierzesz 16kg do Snatch Testu (100 powtórzeń w 5 minut), Swing’a jednorącz (5 powt na stronę), Pressa (5 powt) i 20kg do TGU (1 powt na stronę). Bierzesz 2 odważniki po 16kg do podwójnego Clean (5 powt), podwójnego Squat (5 powt).

c) W przypadku mężczyzn, jeżeli ważysz mniej niż 60kg (ważenie przed egzaminem) bierzesz 20kg do Snatch Testu (100 powtórzeń w 5 minut), Swing’a jednorącz (5 powt na stronę), Pressa (5 powt) i 24kg do TGU (1 powt na stronę). Bierzesz 2 odważniki po 16kg do podwójnego Clean (5 powt), podwójnego Squat (5 powt).

d) W przypadku mężczyzn, jeżeli ważysz więcej niż 60kg (ważenie przed egzaminem) bierzesz 24kg do Snatch Testu (100 powtórzeń w 5 minut), Swing’a jednorącz (5 powt na stronę), Pressa (5 powt) i 32kg do TGU (1 powt na stronę). Bierzesz 2 odważniki po 24kg do podwójnego Clean (5 powt), podwójnego Squat (5 powt).

Druga sprawa: Co jeżeli nie mogę wykonać któregoś z zadań egzaminacyjnych?

Odpowiedź: Czy to za sprawą kontuzji, braku siły czy umiejętności – masz 3 miesiące by dosłać swój filmik z poprawnie wykonanym ćwiczeniem/ćwiczeniami. Jeżeli więc przeraża Cię Snatch Test lub Press – nie obawiaj się, 3 miesiące treningów (dzięki wskazówkom z kursu) umożliwi Ci osiągnąć wymagany poziom. I co lepsze – żaden z treningów na siłę nie sprawi, że umrzesz z wyczerpania.

Trzecia sprawa:  Ale ten Snatch test….

Odpowiedź: Po INTRO powinienieś wiedzieć, jak trenować siłę snatcha. Jeżeli masz problemy z dłońmi – poniżej zamieszczam świetny zestaw „opatrunkowy” pierwszej, drugiej i trzeciej pomocy.

Nie trenuj w rękawiczkach – przyzwyczajaj dłonie do magnezji w kostce (nigdy w płynie!!!). Możesz pod gorącym prysznicem maszynką do golenia delikatnie ścinać martwy naskórek – grunt to jednak dobrze i zdrowo natłuścić dłonie na noc (czaderskie „magiczne” mazidło możesz kupić na FB – robi furorę w naszym klubie). Taśma opatrunkowa – koniecznie ta w niebieskiej rolce, żadne Viscoplastry, to najskuteczniejszy i najzdrowszy opatrunek podczas zdarcia pęcherzy na treningu. Taśma jest ‚papierowa’ więc przepuszcza powietrze i ciało szybciej się goi. Proszek służy do odkażania. Jeżeli używasz już Tribioticu – nie musisz zmieniać przyzwyczajeń. Prawda jest również taka, że im silniejszy/a się staniesz, tym będziesz mniej kurczowo ściskał rączkę kettla – a tym samym powodował mniejsze tarcie na dłoni.

Jeżeli zaś chodzi o sam egzamin – robiąc w tempie 10 powtórzeń na rękę w 1 minutę – spokojnie kończysz przed czasem. Liczą się powtórzenia techniczne, czyli bark do ucha, ręka wyprostowana, wybicie z bioder, brak bujania na stopach, oddychanie pod ciśnieniem. Jeżeli zrobisz 100 powtórzeń w 3:50 – nikt nie da Ci medalu. Jeżeli w 4:59 – wszyscy będą klaskać.

Czwarta sprawa: Nie za dobrze u mnie z językiem angielskim…

Odpowiedź: Nie stresuj się. Na sali jest doświadczony tłumacz i asystent Egzaminatora mówiący po polsku. Musisz tylko słuchać i zadawać pytania gdy czegoś nie jesteś pewien lub nie rozumiesz. Masz prawo nie wiedzieć, masz prawo drążyć. Płacisz tyle po to, by wynieść z kursu nie tylko dyplom ale przede wszystkim – WIEDZĘ.

Piąta sprawa: Boję się egzaminu pisemnego.

Odpowiedź: Egzamin dotyczy tylko spraw i zagadnień poruszanych podczas kursu. Nie musisz wykazać się znajomością szczegółowej anatomii, wiedzy fizjoterapeutycznej czy właściwości leczniczych małych gówienek nietoperzy. Nikt Cię też nie będzie pytał o przekonania czy historię. Masz robić notatki – tłumacz postara się podkreślać, które zagadnienia są kluczowe, a które dygresyjne lub ponadprogramowe. Zdroworozsądkowe myślenie również Ci się przyda.

Szósta sprawa: Czemu tak drogo?!!

Odpowiedź: Cennik ustalany jest przez Zarząd StrongFirst. Wiemy, że średnia krajowa w Polsce nie ociera się nawet o najniższą krajową innych krajów – ale to nie zmienia faktu, że wiedza jaką dostaniesz jest na poziomie światowym. To wiedza, która nie wynika z jednego podręcznika. To wiedza, która obejmuje wiele zagadnień spoza świata kettlebell, to dostęp do elity profesjonalistów o dużej renomie. To również program tworzony i uaktualniany przez rzesze specjalistów – nie doświadczenia jednego zawodnika. Jakość zawsze kosztuje.

Siódma sprawa: Czy dam sobie radę na kursie, jeżeli nie jestem zawodowcem?

Odpowiedź: Kurs instruktorski to nie zawody. Nie ma tu mowy o konkurencji, o ściganiu się czy udowadnianiu kto ma dłuższego. StrongFirst kształci doskonałych nauczycieli, a nie psy do walk w klatkach. Kurs jest ciężki ze względu na objętość wiedzy (musisz być mentalnie sprawny, jeżeli masz zdolność utrzymania uwagi złotej rybki – zginiesz). Jeżeli ma być mowa o jakiejś dużej trudności, to chyba tylko ze względu na duuuuuużo pisania odręcznego. Fizycznie? Gorzej jest mieć grypę. Oczywiście, nie twierdzę, że będziemy siedzieć przy kawie i nadgryzać ciasteczka. Jednak WODów tam nie będzie.

Ósma sprawa: Czy trzy dni wystarczą, bym został dobrym instruktorem?

Odpowiedź: Dobrym instruktorem się „staje” a nie „zostaje”. To ciągły proces, to ciągła nauka. Jednak nikt w Polsce nie da Ci tak kompleksowego i dobrego przeszkolenia jak Strong First. Jeżeli myślisz o tym, by z pasji zrobić zawód – to szkolenie jest konieczne i wystarczające do prowadzenia zajęć zarówno prywatnych jak i grupowych przez przynajmniej dwa lata.

Dziewiąta sprawa: Nie mogę przyjechać teraz na kurs, czy jest jakaś szansa podszkolić się w międzyczasie?

Odpowiedź: Oczywiście! Największe zgrupowanie doświadczonych Instruktorów i Asystenów ma miejsce co roku w Łagowie, w terminie 22-26 lipiec. Jest to świetna okazja, by się nie tylko wyhasać z bandą miłośników żelastwa, ale i by nawiązać super znajomości z kumatymi ludźmi o ciekawych doświadczeniach, nie wspominając, iż to najtańszy sposób na nabycie poprawnych umiejętności technicznych czy podpatrzeniu Top Team’owców w akcji. Ponadto wielkodusznie rozdaję autografy, a kto by nie chciał!

Dziesiąta sprawa: Czy nie lepiej zainwestować w seminarium Pavla Tsatsouline w Vicenzie (6-7 czerwiec) ?

Odpowiedź: Zainwestować – jak najbardziej. Czy lepiej? Jeżeli nie jesteś instruktorem, który zna metodykę HardStyle i nie pracuje w zawodzie już kilka lat – to szkolenie to będzie dla Ciebie po chińsku, nie po angielsku. Pavel będzie prowadził wykład o programowaniu siły w oparciu o sowiecki system podnoszenia ciężarów. Nie będzie uczył technik. Będzie oczekiwał atletów i sportowców (mała różnica, ale jest), oraz doświadczonych instruktorów z konkretnymi pytaniami (bynajmniej nie „Jak poprawić siłę snatcha/pressa/TGU?”).