Dupka jak orzeszek, twarz jak rozdeptana pizza

Standardowy

fire1

Za każdym razem jak zaczyna grozić blogowi zadęcie profesjonalizmu, zaczynam pisać o pierdołach. Tak, to celowe. Podobno tak się utrzymuje uwagę co płochliwszych rybek w Sieci. Co by jednak nie mówić o temacie, jest on istotny dla kontynuacji gatunku. A przecież budowanie silniejszych, sprawniejszych i ponętniejszych fizycznie ciał nie może obyć się bez wyjściowego pyska. Nawet, gdy stanowi on sam w sobie zaprzeczenie stereotypowego pojęcia piękna.

Znowu będzie z autopsji, bo na innych ludziach możliwości eksperymentowania mam ograniczone.

Za każdym razem, jak zgłaszałam aptekarzom/kosmetyczkom/doradczyniom sklepowym ciągły problem z cerą – uporczywym trądzikiem – doradzano mi dwie rzeczy:

1. Poczekaj aż minie ci faza dojrzewania.

2. Musisz myć twarz rano i wieczorem.

Seriously.

SERIOUSLY.

Rozumiem, że moja fizjonomia może budzić lekkie wątpliwości co do mojej inteligencji i nie zaprzeczam, że mam swoje dni, gdzie wszystko co wychodzi z moich ust przypomina o tym, że kolor włosów jest nieprzypadkowy. NO ALE PROSZĘ WAS.

Zatem imałam się różnych rzeczy, dobrze zdając sobie sprawę, że głównego powodu mojej wypryszczonej mordki nie usunę – to znaczy, nie zrezygnuję z mocnego sportu. Ani z czekolady.

Czytaj dalej

Kettlebell i ciąża – czyli co jak masz dodatkową kulkę

Standardowy

Jako, iż w ciążę spożywczą zachodzę regularnie, jestem expertem w ćwiczeniu z dodatkowym balastem* *opracowałam nawet nowatorski chwyt do pole dance – nazywa się „sadło grip”. Serio. O przesuniętym środku ciężkości w treningu było już co prawda, ale teraz pogadajmy o formie pasożytniczej, która najpierw kiełkuje 9 miesięcy, a po wykluciu męczy nas przez przynajmniej 18 lat* *oh tak, dlatego mam kota.

Przynajmniej od dwóch lat dostaję na klatę pytania o treningi kettlebell w czasie ciąży, więc chyba wyglądam na osobę godną zaufania* *albo, jak już wspomniałam, w ciąży. By tego zaufania nie zawieść, postanowiłam pogrzebać w temacie. Jak to się zatem stało, że pierwsza notka na ten temat jest dopiero teraz?

Usiądź wygodnie.

Takie rzeczy, tylko na tym blogu.

Czytaj dalej

Jak zacząć prowadzić zajęcia?

Standardowy

Często dostaje maile zawierające sedno „chciałabym, ale się boję..”, „nie wiem czy dam radę”, „a co jeśli..” – zarówno od kobiet jak i od mężczyzn, pragnących spróbować zawodu instruktora kettlebell. Nie da się szybko, krótko i treściwie:
a) zbadać prawdziwego problemu danej osoby,
b) merytorycznie jej lęki zniszczyć
c) zmotywować i dać pozytywnego kopa w dupę do działania.

Co zatem robię? Szczerze? Czasem ślęczę nad odpowiedzią, czasem udaję, że mail nie doszedł. Bo przekonałam się, że niektórym ludziom nie da się pomóc i mój wysiłek to tylko moja strata czasu, a niektórym wystarczy pokazać króliczka i powiedzieć „GOŃ BYDLĘ!”. Dla wielu droga do bycia zarabiającym (tak! nie bójmy się tak brzydkich słów powiedzieć) instruktorem, jest..nieostra, co najmniej.

12348710_10207268460141448_602332572_n (1)

Zmusiło mnie jednak sumienie do popełnienia tej notki, w której chciałabym jak najdokładniej przeanalizować najczęstsze Wasze „ale” (aaaale nie wszystkie). Więc czytać, zanim dupę mi (lub dowolnemu innemu instruktorowi) zawrócicie.

Czytaj dalej

Unfuck yourself – złap motywację do życia

Standardowy

Bez kitu. Najlepsze hasło jakie słyszałam na przestrzeni miesiąca. Więc powtórzę.

Unfuck yourself.

A teraz do rzeczy*. *nie szukajcie powodu notki, po prostu mam flow. Ah, no i wypuszczam nową serię na internety podatną na hejty, ale to już niedługo. 

Możesz być brzydki i głupi i nie zrozumieć za pierwszym razem.

„Och, Angela, co tak od razu po bandzie..?”

Serio? Może jestem innego sortu, ale przez kupę lat trenowałam Krav Magę, bo wyznaję zasadę, że wiele rzeczy da się rozwiązać przemocą. Chcę, żeby notka do Ciebie dotarła, byś niszczyła bullshit tam gdzie go zobaczysz i przestała płakać w poduszkę.

Czytaj dalej

Czerwone morze, czyli.. te kobiece dni i trening.

Standardowy

Wbrew ostatniemu, fajnemu rozwojowi treningów z ciężarami, wciąż kobiet patrzących z przerażeniem na 8kg jest duuużo. Podobnież ma się przewaga mężczyzn jako instruktorów nad kobietami, instruktorkami wolnego obciążenia. Kiedy więc przychodzi do kwestii „Czy mogę trenować w *te dni*?” najczęstszą odpowiedzią jest „Okres to nie choroba!” (co głównie przekłada się na „nie mam pojęcia”) lub „Zależy jak się czujesz.” (co oznacza „skąd ja mam wiedzieć?”)

Zanim którakolwiek wyskoczy tutaj  z „nie wyobrażam sobie nie trenować podczas okresu”, podpowiem, że duża wyobraźnia w zawodzie instruktora jest na cenę złota i nutelli.

Jak to z tymi kettlami i miesiączką zatem jest?

Czytaj dalej

Kettlebell – przesunięty środek ciężkości.

Standardowy

Czy wiesz czemu kettlebell to nie hantla?

Zanim zrobisz „obożysławie” chcę, byś się chwilę zastanowił. Bo niby piernik do wiatraka nie podobny, ale* *ma tyle samo liter! piernik i wiatrak, znaczy się. Ryje mózg, nie? bardzo często właśnie tak go ludzie traktują. Podnoszą jak hantlę, ruszają jak hantlą, bądź też nienawidzą jak hantli.

Wciąż można się na szkoleniach natknąć na rozkoszne historyjki o tym, jak to pierwszy kontakt z czajnikiem w siłowni wyglądał. Co starsze rupiecie wspominają o tym, jak w wojsku podnosiło się odważnik za karę lub na wiejskich festynach – po nagrodę. Wciąż jeszcze docierają do mnie anegdotki pełne przerażenia, co to ludzie w obcych siłowniach widzą za pokazy „treningu” z kettlami.

Edukacja kwitnie, więc chwasty są naturalną koleją rzeczy.

Anyway, dzisiaj poczytasz o zaletach i wyzwaniach w treningu z przesuniętym środkiem ciężkości. Nie bój się, nie jest to notka z autopsji – tylko ze StrongFirst. Szef SFG, Brett Jones, w akcji. Enjoy!

Czytaj dalej

Life happens.

Standardowy

Bardzo długo myślałam o tej notce. Nie piszę, gdy nie mam przekonania do tematu, a moje życie było przez długi czas naprawdę bardzo dobre i stosunkowo łatwe. Każdy problem był wyzwaniem lub co najwyżej niedogodnością. Czytając maile od Was, nie umiałam się postawić w sytuacji matki małych dzieci, zapracowanej, walczącej o własne zadbanie, często zbyt zmęczonej i zniechęconej porażkami by spróbować czegoś nowego. Czegoś dziwnego, wymagającego syczenia, pocenia i walki z zardzewiałym ciałem czy sflaczałymi mięśniami. By nie rozpisywać się na temat dla mnie jeszcze zbyt bolesny i świeży, popełnię notkę instruktorską. Krótką, lecz ważną.

Life happens.

Czytaj dalej

Pierwsza w Polsce książka o kettlebell pod…

Standardowy

Ahoj, siema, czołgiem, witajcie.

Kto śledzi FB, ten wie, że doczekałam się wydania swojej pierwszej książki. Tak, to ja jestem na wszystkich zdjęciach. Bez retuszu, więc czasem są fałdki.

Nie będę rozwodzić się nad jej zawartością czy przyczynami jej powstania. Powiem tylko tyle, że gdybym dostała ją w swoje łapki dwa lata temu, byłabym lepszą i zdrowszą poledancerką.

Czytaj dalej

Hardstyle lifestyle – babochłop w spódnicy.

Standardowy

Pierwotnie notka miała zwać się bardziej po mojemu* *czyli prosto w mordę „Dziwki, Matki i Kumpele, czyli czo te baby sobie robiom”, jednak dostało by mi się zaraz za niepotrzebne wulgaryzmy i „tanie granie pod klikanie”. Nazywa się więc inaczej, ale będzie właśnie o tym.

Bardzo starałam się napisać rzecz o Martwym ciągu. Problem jednak w tym, że jest martwy. Przeanalizowany na wszystkie sposoby przez rzesze entuzjastów, atletów, coachów i fizjoterapeutów. Zatem wstawienie zdjęcia wypiętej damskiej pupy w majtkach i podpis „Martwy ciąg – od tyłu” byłby o tyle nowatorski, co jednocześnie absolutnie wyczerpujący.

Zatem zostałam bez tematu, a myśl zastępcza by ponarzekać na polską służbę zdrowia – musi we mnie jeszcze podrosnąć, gdyż badam ponownie swój kręgosłup i zamierzam napisać na poważnie* przepuklinie i kettlebell. *z oczywistą i soczystą dozą kwiknięć przez Świnkę Kurwinkę.

O dupie Maryni mogę zawsze i bez przeszkód, zatem dzisiaj będzie o zmysłowości kobiet dźwigających ciężary. Jestem ABSOLUTNIE pewna, że tym oto tekstem dotknę nowych horyzontów, po pioniersku wetknę kijek z flagą „PIERWSZA!” na ziemiach mało zbadanych, a przez większość samców absolutnie nieznanych.

Czytaj dalej

O dziewczynach co w dupie mają wagę

Standardowy

Tym razem notka z dupy. Ale na dole jest trening i słowo o magnezji, więc klikaj dalej.

Jest takie grono trenujących kobiet, które w ogóle nie przejmują się wagą.

Serio.

Serio, jest takie grono, które trenuje dla siebie* a nie dla innych kobiet.

*ten termin oznacza, że jeżeli na ich widok masz za ciasne spodnie, to tylko miły komplement, a nie ich spełnienie marzeń.

Jedzą co chcą, trenują ostro, kochają życie. Czy startują w Bikini Fitness? Nie. Czy mają zajedwabiste życie, energię i świetną figurę? Tak.

Bo to życie nie zawiera w sobie elementu wchodzenia na wagę łazienkową.

Jako, że sekretem nie jest, iż zdaję właśnie na SFG2 a tam kategoria Snatch Testu kobiet jest do 56kg – ważę się ostatnio jak przygłup. Codziennie. Czasem po kilka razy.

Mózg takie ważenie potrafi zracjonalizować.

I jeżeli jesteś facetem, to uproszczę Ci czytanie między wierszami: co waga spadnie, to kobieta jest szczęśliwa i czuje emocjonalne przyzwolenie na ciastko. A co na to mózg? Mózg nie działa, jak już wspomniałam, poprawnie. Przechodzi w tryb gatunkowo obronny. Gromadzi co się da, nawet z powietrza. Kiedy więc waga wzrasta (no kiddin’), kobieta wpada w rozpacz i.. idzie po ciastko. Dlatego ważenie się rujnuje życie, pal sześć figurę.

Wracając do mnie.

Jeżeli waży się 57kg to kategorie wagowe w egzaminach są naprawdę frustrujące. Różnica 4kg kettla w 100 powtórzeniach snatch’a to DUŻA różnica. Zaraz jednak ktoś się odezwie – „No, ale schudnąć dwa kilo to chyba nie problem?”

TAK, TO JEST MOTHERFUCKING PROBLEM.

Czytaj dalej