Pomiędzy kawą a kokainą

Standardowy

Uwielbiam współpracować z ludźmi o różnych pasjach. Lubię czuć ich ciepło, patrzeć na niesamowite rzeczy, których dokonują. Staram się ciągle poszerzać swoje ruchowe horyzonty o rzeczy, które mi się podobają. Tak. Nie o dyscypliny warte zachodu, ale właśnie o rzeczy – które mi się podobają.

Bierze się to stąd, że nie ma we mnie przymusu bycia najlepszym. Nie ma potrzeby osiągania rekordów – jest tylko szczera chęć, by ruszać się coraz lepiej. By za 10 lat pogratulować sobie braku zadyszki, a za 20 lat tyłka. By za 40 lat być samodzielna i nie spędzać życia w poczekalniach do doktora.

Czy lubię muzykę bardziej niż inni? Nie. Czy mam lepsze czucie rytmu? Nie. Czy moje ciało ma predyspozycje do oszałamiających wygięć, rzutów czy absolutnego bezruchu? Nie.

Jestem ja, ze swoim napoczętym sportem ciałem i pragnienie, by przez chwilę być w zgodzie z całym wszechświatem. Zen duszy przy harmonii ruchu ciała.

Nie znajdziesz tego na siłowni.

Nie znajdziesz tego w dyskotece.

Znajdziesz to tylko w sobie – a niektórzy muszą naprawdę dobrze poszukać.

To stan pomiędzy kawą a kokainą.

To flow. To płynięcie w kierunku, w którym płynąć chce Twoje ciało.

U mnie chwilowo tylko w obrębie ziemi. Tak, froteruję sobie podłogę. Tak, czuję się jak pies na zielonej trawie. Tak, zdarza mi się pomylić kończyny.

Cel to nie tylko 20kg w Pressie. Cel, to bycie szczęśliwą. Kiedy Ty ostatnio, zrobiłaś coś na treningu, co dało Ci poczucie szczęścia? Marsz na dywan/matę/panele! Powyginaj gnaty. Do muzyki, oczywiście.

A może budyń..? Słowo o soul rest.

Standardowy

Choć większość z „niedzielnych czytaczy” bloga myśli o mnie jako o samotnej fitnessce udzielającej się pro publico bono* *a przynajmniej większość maili o tym świadczy, większość mojego czasu pochłaniają nie treningi osób przynależących do Iron Church* *Zielona Góra, Zacisze 16 – najlepsze kettle i kawa w mieście, ale marketing i zarządzanie właśnie. Jestem Panią Kierowniczką, czyli Kurą Naczelną.

Oczywiście wszystko w temacie programowania treningowego z kettlebell pod cele wszelakie, metodyki nauczania pod Pole Dance, reklamy obydwu tych stworzeń zarówno lokalnie jak i krajowo, wizerunku klubu, dobru studentów oraz.. pomocy w rozwoju instruktorów i asystentów Centrum Kettlebell.

W związku z tym, kiedy czasem poruszam jakiś drażliwy temat na blogu – wbrew pozorom, nie wylewam własnych żali, nie gadam do siebie i nie wymądrzam się na pokaz. Ten blog ma pomagać nie tylko rozpowszechniać treningi funkcjonalne z kettlebell metodą HardStyle* *i syczenie, nie zapomnijmy o syczeniu. Ma również obwąchiwać pewne bardzo powtarzalne problemy, na których ktoś kiedyś może się niepotrzebnie wyłożyć. W miarę możliwości staram się ostrzegać, pouczać i pomagać przed faktem dokonanym i lizaniem ran.

W dzisiejszym odcinku pogadamy sobie o…

JAK BRONIĆ SIĘ PRZED WYPALENIEM EMOCJONALNYM?

Każdy instruktor rozpoczynający treningi kettlebell jest „zajarany tematem”. Każdy ma masę energii, dwie masy pomysłów i trzy masy wizji. Obdarza swoich *klientów* swoim entuzjazmem, zaraża chęcią i popycha do działania.

Milion zdjęć, milion mądrych sentencji. Gadka bez przerwy na jeden temat. Myśli sprowadzające się wciąż do jednego. Jednego czarnego diamentu z rączką.

I nieważne, jakim jest się typem człowieka – introwertykiem czy ekstrawertykiem. Nie ważne, czy udaje się lekkoducha, czy taki stan ciągle nas unosi. To, że kochamy to co robimy, nie oznacza, że będziemy z bananem na twarzy popierdalać na paluszkach – jest OK przestać się uśmiechać! Od tego są zmarszczki, na boga.

Problem pojawia się, gdy ze złego tygodnia robi się zły miesiąc, a z miesiąca pół roku…

Im bardziej się starasz by nikt nie zauważył, tym więcej osób to zobaczy. Co zobaczy? Twoje wypalenie emocjonalne.

Nasza pasja jest ogniskiem. Im więcej do niego drewna dołożymy na raz, tym większy będzie płomień – jednak nikt nie ma dostępu do nieskończonej ilości drewna. Może zdarzyć się tak, że Ci go zabraknie na pewien okres, nim narąbiesz nowego.

Duże płomienie przyciągają wiele stworzonek – mówiąc kurzym językiem: każdy chce się ogrzać w blasku Twojej jedwabistości. Jednak wiele osób = większe zagrożenie wampiryzmem.

Dobrze przeczytałeś. Wampiryzmem.

Wiele osób, nie wiedząc o tym, jest lub bywa wampirami energetycznymi – to dlatego będziesz czuł się po udanym treningu z innymi jakby Cię spasiony kot wyżygał do kuwety. I pomimo tego, że pozornie niczego Ci nie ubyło – czegoś jednak w Tobie zabraknie. Dopóki więc masz okres regeneracji, wszystko jest spoko. Gdy jednak zaczynasz przegrywać z czasem – masz za dużo zajęć, za mało czasu dla siebie…

Ludzie nie pomagają – tym czy innym sposobem będą okradać Cię z energii. Mogą Cię pozytywnie ładować, to fakt, jednak problem w tym, że z 300 komplementów Ty zapamiętasz najbardziej 1 krzywdzącą krytykę… 10 osób może Cię doładowywać energią cały tydzień, a jedna wszystko wessie w godzinę lub pół.

Będziesz maglował problem w myślach, usprawiedliwiał się lub pogrążał, aż nie upłynie wystarczająco dużo czasu, który zaleczy ranę. Możesz mieć 98% sukcesów zawodowych lub osobistych, jedną porażkę i nagle wszystko smakuje dziegciem. Nie chce Ci się tego już robić. Nie masz się nawet o co obrazić, ale i tak Ci się to udaje.

Nie wszystko w Twoim życiu zależy od Ciebie. 

Wyluzuj. Znajdź swój sposób na regenerację emocjonalną. Daj sobie czas, by wróciła Ci ta energia do „chcenia”. Nie mów, że to koniec, nie poddawaj się presji. Możesz padać, lecz musisz wstawać, pamiętasz?

Moim sprawdzonym sposobem na regenerację emocjonalną są książki. Mam swoją wielką pufę sako, bardzo pocieszycielski i mięciutki kocyk, całą szufladę ciastek orkiszowych i migdałów (że niby zdrowe przekąski.. bitch, please) oraz kindla pełnego książek o katastrofie nuklearnej. Od czasu do czasu, przy wtórze gniecionego styropianu, zwijam się więc we własnej czasoprzestrzeni, nie odpowiadając na głosy telefonu komórkowego czy internetów* *docierają do mnie jedynie odgłosy kuchni.

Czy znalezienie swojego sposobu na regeneracje emocjonalną powinno być ponad Top Team, Tap Madl czy babeczki z Lidla? TAK. Nie można rzucać wszystkiego w diabły, nie można zaprzepaszczać swoich dokonań, jak duże/małe by one nie były. Trzeba dać sobie czasu. Twoja dusza jest Twoim narzędziem tak samo, jak Twoje ciało. Uczyń je silniejszą poprzez trening i poprzez odpowiedniego resta.

No. A aktualnie „restuję” się tak…

Poradź sobie z fochem za pomocą kettla.

Standardowy

Wśród osób początkujących jest pewna maniera, które osoby o mnie upartych charakterkach zatrzymuje w rozwoju. W zależności od sportu, albo początki są łatwe i człowiek się zachłystuje własnymi sukcesami, albo początki są trudne i zniechęca na widok własnych braków. Tym czy innym sposobem, zdarza się nam często kończyć coś przed prawdziwym startem, gdy pojawiają się problemy.

Można mieć focha na świat. Nawet należy mieć focha na świat, który uczy nas, że porażka to coś, czego trzeba unikać. Jednak sam foch nie wystarczy.

Próbowałaś kiedyś obrazić się na swojego mężczyznę i nie tłumacząc mu cierpliwie powodu, milcząc wręcz naburmuszenie, czekać aż sam wpadnie na to co ma powiedzieć lub co zrobić? Albo obrazić się na wagę łazienkową, po czym pójść zjeść coś słodkiego?

No raczej.

Żaden rodzic nie lubi, gdy jego dziecko przejmuje się swoją porażką. Zaczyna je pocieszać* *chyba, że ma się dwóch starszych braci którzy uwielbiają tyrać młodszą siorę, często odbierając znaczenie sytuacji poprzez bagatelizację jej znaczenia. Dziecko więc albo ucieka od uznania swojej porażki, albo porażka je niszczy, tak jak choroba niszczy niezaszczepiony organizm.

Nie trzeba mieć doktoratu z psychologii, by wiedzieć, że prawdziwie silni ludzie uczą się doceniać swoje porażki, by wyciągać z nich wnioski i by kontynuować swoją edukację życiową.

Zatem jeżeli już zaczynasz fochować, lub fochowanie dopiero Ci grozi – przemyśl, czy odniesienie porażki to wskaźnik Twojej wartości? Czy może szansa na naukę? Na ominięcie większego błędu lub uniknięcie kontuzji? Czy ten centymetr to jakiś oszałamiający sukces? Czy ta cyferka to jakiś przełom w dziedzinie leczenia AIDS?

To, co jest wytatuowane na moim ręku, to jedne z najważniejszych słów mojego życia: „(…) Iść i padać, z padłych – wstawać. Przeszła wojna, wstaje trawa. I tego trzymać się trzeba.

Jeżeli więc łamiesz się, powtórz głośno powyższe. Powtarzaj tak długo, aż wyryjesz w zwojach mózgowych. Aż szare komórki nie zabite przez alkohol* *podobno umierają tylko te słabe i bezużyteczne, będą umiały to recytować w środku nocy. KAŻDY ODNOSI PORAŻKI. Nie ma ludzi, którym wszystko zawsze się udaje – są tylko tacy, którzy to udają. Możesz więc należeć do kategorii wiecznych „to nie dla mnie” ale czy chcesz? Czy to właśnie podziwiasz?

Nie rodzimy się Zwycięzcami. Nie rodzimy się Porażkami. Rodzimy się z możliwością Wyboru.

Nie szukaj za wszelką cenę sukcesu. On nie określa tego, kim jesteś. Możesz być wszystkim czym zechcesz, ale musisz na to pracować. Samym fochem niczego nie dokonasz – co najwyżej wybierzesz źle. Kiedy więc się pojawi, zabij go tym treningiem:

Czas: 30 minut (z rozgrzewką)

Ćwiczenia:
1. Góra-dół w plank position
2. Supermenki
3. Swing oburącz
4. Snatch

Drabina powtórzeń: 10-10-10-10×2, 9-9-9-9×2, do 5-5-5-5×2

Rozpiska:
Jeżeli jeszcze masz problem z technicznym snatchem – zgadnij co, jeżeli nie będziesz go trenować, nie nauczysz się! Poszukaj wśród combosów odcinka, gdzie pomagam ze snatchem.

Zielona: 8kg i 12kg (Panowie: 16kg i 20kg)
Pomarańczowa: 8kg i 12kg, lub 12kg i 16kg (Panowie: 20kg i 24kg)
Czerwona: 16kg i 20kg (lub 24kg) (Panowie: 24kg i 32kg)

Marlo Fisken czyli stal która się zgina a nie łamie.

Standardowy

Proszę państwa, crossfit i chodakowska-fit niszczą mózg, na zupełnie innym poziomie niż przypuszczacie* *jeśli zamierzasz napisać jaki Crossfit lub Chodakowska jest/są, idź proszę popisać sobie gdzie indziej. Z zażenowaniem stwierdzam, że pomimo iż uprawiam „ruskie rękodzieło”, kampanie reklamowe wdarły mi się głęboko w podświadomość. I to bez udziału telewizora.

Ruch ma być trendy, a więc i flashy – ma najpierw walić po oczach kolorkami, a następnie zalewać je potem. Prawda? Nie.

Neonki, wszędzie neonki. Nawet na Angeli, proszę państwa, mamy neonki. Do tych neonków – specjalności gadżetowe. I wychodzi taka Marlo, w swojej szarości i na bosaka. Bez stylisty i makijażystki. Bez najprymitywniejszego sprzętu. Bez najnowocześniejszych cudów techniki. Ze swoim ciałem. I dopóty nie zaczyna swojego Flow, nie wiesz właściwie, co w niej specjalnego. Żeby chociaż jakaś taka bardziej AMERYKAŃSKA była, z opalenizną hawajską i przezabiałym uśmiechem Colgate.

Sylwetka Marlo to temat do dyskusji „od czego rosną mięśnie”, „wysportowane a chude” oraz „jak tancerka to zwiewna”. Z jej filmików widać, że ma czym kopnąć, na brzuchu tłuszczu nie uświadczysz, a łapę ma konkretną. Nie koksuje na siłowni, biega interwałowo w zależności od chęci, skacze bez pudeł czy skakanki, nie macha ciężarami. A jak się rusza…?

Panie. Trzymaj mnie, bo będę ściągać majty przez głowę.

To powinno być nielegalne, bo demoralizujące na pewno jest. To jak Marlo operuje ciałem w przestrzeni zarówno horyzontalnej jak i wertykalnej to magia jest. Zakres jej naturalnych ruchów to nie lewo-prawo, ale i niebo-ziemia, włączając w to sufit jako powierzchnię treningową. Zaczyna zawsze od małych kroczków – od bardzo kanciastej wersji uproszczonego ćwiczenia dla małych kurek, co niby odróżniają nogę prawą od lewej, ale nie na pewno. Sprawia, że nie czujesz się jak Żyd w pustym sklepie. I wprowadza w coraz trudniejszy ruch, coraz płynniejszy, coraz bardziej kontrolowany.

To właśnie różnica, pomiędzy osobami, które uczą ruchu poprzez ODWZOROWANIE a pomiędzy osobami, które uczą ruchu poprzez ZROZUMIENIE.

Jakby nie było, to w końcu ma być flow – nie rzucanie się, nie miotanie się a płynięcie. Wszystko co jest szybkie – jest szybkie właśnie poprzez płynność, a nie nagłość. Jak mówił Bruce Lee, w ruchu trzeba być jak woda, a nie tona ziemniaków. Zatem flow dołączy do moich rozgrzewkowych przekomarzań* z ciałem *biegi w miejscu i pajacyki wont, wchodzi dużo psów i kocenia po parkiecie. i zobaczymy, może nawet coś uda się nakręcić – coś, co nie będzie rozerotyzowaną rybą na betonie, walczącą o oddech*. *Insanity My Ass

Marlo Fisken i jej Flow Movement to nie sposób na to, by schudnąć. Marlo Fisken i jej Flow Movement to nie sposób, by podnieść więcej, przebiec dalej. Marlo Fisken i jej Flow Movement to szlif wtedy, gdy ruch znaczy dla Ciebie więcej niż wynik.

A dla wszystkich NIE zainteresowanych tańcem, trening kettlowy, dwu-kulkowy. Czyli to co tygryski lubią najbardziej. Enjoy!

Czas: 40 minut (z rozgrzewką)

Ćwiczenia:

1. Pompka z łokciami wzdłuż ciała
2. Double Clean
3. Double front squat

Drabina powtórzeń:
1-1-1
2-1-2
3-1-3
= jedna seria.

Rozpiska:
Jeżeli masz jednego kettla – wszystko robisz na jedną stronę, po czym zmieniasz strony i robisz jeszcze raz. Jeżeli czujesz, że jest „zbyt lekko”, dodaj liczbę powtórzeń i idź drabiną w stronę 10 powtórzeń. Jeżeli trenujesz siłę a masz małe kettle – nie wychodź poza 5 przysiadów. Jeżeli czujesz niedosyt – zwiększ ilość pompek – pamiętaj o łokciach! Triceps ma pracować.
Double Clean może być wredny – jeżeli wciąż nad nim pracujesz, pomachaj trochę double swingów (czyli swingów z dwoma kettlami). Pamiętaj by stanąć trochę szerzej – tak by kettle się zmieściły między Twoimi nogami. Nie przesadzaj jednak! Zmieniaj ustawienie jeżeli potrzebujesz pomiędzy Double clean a Double front squat, tak by przysiad nie był ani zbyt szeroko, ani zbyt wąsko na nogach – celujemy w szerokość barków lub ciut szerzej.

Jeżeli obijasz przedramiona przy robieniu clean’ów – odwiedź Instruktora!

Zielona: 8kg lub 12kg. Serii – 5-6.

Pomarańczowa: 8kg i 12kg, lub 2x12kg. Serii – 5-7.

Czerwona: 20kg lub 12kg+16kg. Serii – 5.

Dźwigaj i pozostań kobieca.

Standardowy

Silna niekoniecznie oznacza męska. Trenująca z ciężarami niekoniecznie oznacza „chłopaczara”. Dbanie o rozwój mięśni to niekoniecznie kulturystyka.

Wolne ciężary, podobnie jak reszta sportów, nie są dla wszystkich. Nie przekonuj na siłę swojej koleżanki, która boi się, że od nich urośnie. Sekretem sukcesu frekwencji kobiet na zajęciach z kettlebell nie jest namolne nagabywanie, nacisk czy presja.

Kiedy ubieram się „po cywilnemu”, czyli tak zwyczajnie – wcale nie widać czy trenuję. Mam zwyczajną sylwetkę rozmiaru 36/38. Może sweterki i kamizelki bardziej opinają mi się na ramionach – ale hej, szyją te rękawy coraz węższe, przysięgam. Czy wkurza mnie to, że nikt na pierwszy rzut oka nie zgadłby, ile czasu poświęcam na trening? Nie. Wkurza mnie, że nie mogę kupić spodni na siebie, które w udach są za ciasne, a w pasie za szerokie. Czasem też mam chwile babskiej zazdrości, gdy patrzę na wysokie chudzielce w obwisłych szarych szmatach, które na nich układają się w malownicze poły, a na mnie wiszą jak ścierka do podłogi.

Nie zamieniłabym swoich silnych baranich udźców na dziurę pomiędzy nogami. Ubolewam nad swoim pomniejszonym biustem, ale z drugiej strony, cycek na starość nie będzie mi sięgał pępka. Powoli zmieniam płaskie dupsko na odstające poślady, a w chwilach próżnej słabości podziwiam swoje idealne pęciny* *są idealne i kropka.

Możesz znać swoje niedoskonałości, możesz ich nie lubić, możesz je zwalczać. Ale nie daj sobie wmówić, że cała jesteś do wymiany.

Do wymiany może być Twój krytycyzm i brak dystansu do siebie. Może czas przestać szukać dziury w całym, denerwować się kilogramem czy centymetrem? Może czas pobawić się własnym wizerunkiem, zaryzykować? Nie bój się. Nie bój się ciężarów.

Ciężary uczą pokory i cierpliwości. Ciężary uczą, że na wszystko w życiu przychodzi czas. Czasem fajnie podgonić, czasem warto przemyśleć. Ciężary nie zmienią Cię w jedną noc, czy nawet tydzień, ale na pewno zmienią Cię w rok. Możesz nie zauważyć tej zmiany, ale wierz mi – dostrzegą ją inni ludzie.

Siła fizyczna daje pewność siebie. Jeżeli jesteś w stanie pracować z 16kg przez godzinę – dasz sobie radę z wredną szefową, pracownikiem-tumanem, szowinistą na drodze, opryskliwą gówniarą czy pierdołowatym sąsiadem. Po prostu dasz.

Bo próbując kettli, próbujesz swój charakter. Obdzierasz go z niepotrzebnych narośli cywilizacji konsumpcji i wygody. Stajesz się twardsza i odporniejsza. Rzeźbisz ciało wraz z duchem. I wcale nie oznacza to, że zaczniesz harać na chodnik czy pierdzieć unosząc nogę bokiem.

Ciężary nie sprawią, że będziesz „męska”.

Proszę, oto dowód* *wszystkich zgorszonych uprasza się o przebaczenie. Można komentować.

Trenujesz SIŁĘ, nawet gdy jej nie trenujesz

Standardowy

Przy Pole Dance strasznie denerwuje mnie stereotyp, że „trzeba mieć silne ręce”. Tak jakby te właśnie ręce, załatwiały absolutnie wszystko! Co więcej, ciężko sprecyzować co to są owe silne ręce – te które zrobią 10 męskich pompek? Te które porwą talię kart? Czy te które będą dźwigać 7kg dziecko przez godzinę?

Uwierzcie, moje wielkie i mięsiste bicepsy* *love bardzo szybko przestały wystarczać, szczególnie, gdy trzeba było zacząć zadzierać tłuste dupsko w górę, nie wspominając o figurach, gdzie trzymasz się STOPĄ i tylko STOPĄ.

Do rzeczy jednak. Do Pole Dance trzeba być niewątpliwie silnym. Wierzę, iż siła odnosi się do większości sportów, gdzie sięgasz po zawodowstwo, a przynajmniej amatorstwo nałogowe. Jednak mamy siłę – która odnosi się do umiejętności fizycznych, i mamy SIŁĘ – która jest pojęciem psychologicznym. Jako, iż najczęściej piszę o tej pierwszej bardzo dosłownie, a tą drugą miziam po powierzchni, dzisiejsza notka będzie właśnie o trenowaniu SIŁY, nawet wtedy, gdy wydaje Ci się, że nie trenujesz.

Przy okazji Pole Dance zauważyłam coś, co wcześniej mi umykało. Mianowicie występowanie dupociężarów. Pomysł nie odkrywczy* *idea Ass Anchor autorstwa Thomasa Plummer’a, ale i tak zamierzam go rozwinąć.

Dupociężary – co to?

Zastanawialiście się kiedyś, skąd wśród zawodowych sportowców tyle silnych osobowości i charakterów? Zawsze myślałam, że po prostu takich ludzi ciągnie do sportów, stąd tam ich pełno. BŁĄD. Zawodowi sportowcy są silni psychicznie, bo wciąż dźwigają wiele dupociężarów – a dźwiganie, jak wiadomo, wzmacnia.

Dupociężarem jest klient, który wiecznie marudzi lub jest strasznie roszczeniowy, próbując wejść w prywatne życie instruktora.

Dupociężarem jest kolega, który nie znosi Twoich sukcesów sportowych, Twojej pasji i w ogóle czynnego uprawiania sportu, bo czuje się bezwartościowy i zwyczajnie beznadziejny w tym co robi.

Jeżeli masz koleżankę, która wciąż pyta „i po co ci to?” wzdychając jednocześnie do płaskich modelek na ekranie, która odchudzać się będzie tylko do ślubu, a za sport wyczynowy uważa zajęcia Zumby – zgadnij co. Jest dupociężarem.

Jeżeli masz rodzinę, która wciąż próbuje Ci sport obrzydzić i torpeduje Twoje wysiłki w zakresie utrzymania diety (bo coś kiepsko wyglądasz – tyle się napracowałam a ty nie zjesz? – kości ci widać, znikniesz niedługo!) – masz dupociężar.

Kiedy Twój parter/ka „sprowadza Cię na ziemię” i odciąga od spełniania marzeń, ponieważ swoich własnych chmur nie ma, lub co gorsza wszystkie cele na horyzoncie łączą się z oczekiwaniami finansowymi, które wymagają spłaty niebotycznego kredytu – przykro mi, ale masz dupociężar.

Kiedy Twój szef nagradza Twoją ciężką pracę po godzinach uściskiem dłoni i „koszulką lidera”, odjeżdżając nowym Audi – masz dupociężar.

Dupociężarem będzie również każda osoba, która wyśmieje Twoje próby i która rozdmucha Twoje porażki.

Prawdą jest, że by zadowolić większą część społeczeństwa, trzeba tyrać pokazowo po 8h minimum 5 dni w tygodniu, przestać marzyć już gdzieś w okolicach studiów (najlepiej prawniczo-księgowo-medycznych), pojechać All Inclusive do Egiptu przywożąc milion bezsensownych zdjęć po 1mega, łoić do upadłego w co drugi weekend, mieszkać na 50mkw w bloku marząc o budowie 150mkw za miastem, ochajtać się przed trzydziestką i umrzeć tuż przed emeryturą, wyglądając jak po 90tce. I obowiązkowo, narzekać na zdrowie i kondycję.

Bycie dupociężarem dla kogoś, kto wydaje się naprawdę kochać swoje życie, to pokusa często nie do odparcia. Dlatego tylu ludzi o słabszym charakterze szybko się wypala – jeżeli nie posiadają w swoim otoczeniu ludzi, którzy ich wspierają i motywują do większej pracy na rzecz swoich marzeń, nie mają piór do swoich skrzydeł. A ciężko się odbić i wznieść, gdy skrzydła dziurawe.

Dźwigając wiele dupociężarów w ciągu życia, człowiek jest w stanie wyhartować ducha i wzmocnić swój kręgosłup – jest w stanie wyżej skakać, szybciej i dalej biegać, więcej podnieść, dłużej unieść. To właśnie dlatego, wśród zawodowych sportowców tyle silnych ludzi – bo trenują siłę, nawet gdy nie trenują.

Masz dupociężar co siedzi Ci w głowie? Swing it. Swing jest wspaniałym ćwiczeniem – po pewnym czasie jednak zapominamy o tym i traktujemy go bardziej rozgrzewkowo, widząc cel w ciężkich pressach, pokazowych pistolsach czy niemożliwych tureckich wstawaniach. Jeżeli mamy się czymś sponiewierać, szybciej sięgniemy po snatch. Jeżeli chcemy czuć masakryczne zakwasy – zainwestujemy w squat… Dlatego dobrze jest raz na jakiś czas, połowę treningu przeznaczyć tylko na hardstyle swing. Oto moja połowa:

Czas: 30 minut (z rozgrzewką)

Ćwiczenia:

1. Swing oburącz x20

Rozpiska:
Twoim celem jest by w każdej serii wykonać 20 powtórzeń bez odkładania kettla. Po 10 seriach możesz dorzucić boczki, brzuszki czy co tam akurat szlifujesz. Przy pierwszych treningach odpoczywaj tyle, ile potrzebujesz. Już po 5-tym treningu zauważysz, że staje się to coraz łatwiejsze – skracaj więc czas odpoczynku.

Zapisuj sobie zrobione serie – jak się pomylisz i nie wiesz ile zrobiłaś – zacznij robić od początku.

Z koleżanką ten trening to istna przyjemność. Ale nie idźcie potem na lody.

Zielona: 8kg lub 12kg

Pomarańczowa: 12kg lub 16kg

Czerwona: 20kg

Bikini Body. Czyli nie o mnie.

Standardowy

Nie cierpię czytać wszelakich fitnessowych fan page’y czy blogów. Nawet pewnie nie zdajecie sobie sprawy, ile mamy zachwycającej urody Polek, które mają ciała jak spod dłuta Michała Anioła. I one publikują. Publikują zdjęcia z rąsi, zdjęcia z lustra, zdjęcia żarcia dla chomików, wpisy motywacyjne (które moja sarkastyczna osoba postrzega jako „CIESZYMY SIĘ! Supcio supcio!” w połączeniu z gwałtownymi wymachiwaniami przeszczepów), złote myśli („Nigdy nie przestawaj walczyć! Dzień sukcesu jest coraz bliżej!”), wyliczenia rodzajów własnej aktywności fizycznej i …

Dobra, przepraszam, trochę pluję jadem. Ale wciąż się miło uśmiecham, więc chyba to wybaczalne.

Nie piszę tego z zazdrości, nie piszę tego by ośmieszyć entuzjazm fitnessek. Ogólnie piszę to, bo najbardziej bałam się, że mój blog sprowadzi się w pewnym momencie do „Wierzę w Ciebie! Super Ci idzie! POTRAFISZ! Trzymaj tak dalej!” – czyli tego, na co mam uczulenie. Wciąż jednak dziwne się ludziom wydaje, że zachęta w stylu „Przestań miauczeć. Idź zapierdalać. Nikt Ci klaskać nie będzie, ale też nikt Cię nie wygwiżdże.” działa na kobiety cuda.

Jak ktoś mówi mi, że potrzebuje motywacyjnego kopa to rozumiem, że po prostu chce kopa w leniwą dupę. A znam Krav Magę i kopię całkiem nieźle. Jak więc z tą motywacją przeze mnie uprawianą jest?

Nie poddaję się i publikuję te moje wypociny* *gra słów zamierzona – wyższy poziom stylistyki pisarskiej!  a to już ma posmak sukcesu – a jak wiadomo, nothing succeeds like success. Czy chciałabym mieć Bikini Body? Jasne. Czy chcę tego bardziej niż chałwy i mrożonej kawy z McDonalda? Nie sądzę. Dlatego JA nie powiem Tobie, jak zrobić TAKIE ciało.

Możesz być jednak pewna, że powiem Ci, co zrobić by się lepiej poczuć we własnym ciele i z własnym ciałem. Bo jak może nie wiesz, „idealna” figura to nie etap który się osiąga ciężką pracą i wyrzeczeniami, ale stan o który walczy się każdego tygodnia.

Boskie ciało to nie umiejętność.

Smukłe lub apetycznie atletyczne ciało to nie umiejętność, którą raz posiadłszy ma się już dożywotnio – o czym zapominają szczupłe licealistki, a o czym przypominam potem zaokrąglonym 30latkom. Dlatego nie traktuj całego procesu (a konkretnie różnych form aktywności fizycznej) tylko jako drogi do mety. Nie patrz na rezultaty w stylu Bikini Body naszych pięknych Polek z zazdrością, tylko z podziwem – utrzymanie proporcji nie jest łatwiejsze od ich osiągnięcia.

Jeżeli nie jesteś na to gotowa, by pracować non stop nad swoją sylwetką, to nie załamuj się. Poniższy wpis specjalnie dla Ciebie, wycięty z jakiejś dyskusji na jakimś fitnessowym profilu:

Paulina Nowak: „Nadmierne skupianie sie na sobie i swoim ciele prowadzi tylko do samouwielbienia Wmawiacie Nam ze cialo czlowieka i jego wyglad to najwieksza wartosc w zyciu i czyni Nas lepszymi. Nic bardziej mylnego. Rozwoj fizyczny owszem w rozsadnych granicach popartym rozwojem intelektualnym a zycie czlowieka powinno oscylowac na wielu roznych plaszczyznach a nie byc zniewolone tylko i wylacznie przez monotematyczny trening i mysli o restrykcyjnej diecie!(pisownia oryginalna)

Wracając więc do natury tego bloga i mojej leniwości w dążeniu do efektów, na których widok ślinią się głównie babeczki – kilka miesięcy temu odkryłam swoją tegoroczną miłość. Nie chciałam się nią dzielić, ale jako iż udało mi się dostać na jej warsztaty w Warszawie – to nie mogę wytrzymać i muszę rozedrzeć pyska w radości, a nawet poskakać w kółeczko.

Marlo Fisken będzie w Polsce! JADĘ NA MARLO FISKEN!

Po co komu oszczędności życia. Lecę do Warszawy dać się przeczołgać. Absolutnie kocham Flow Movement i chyba będę zachowywać się jak mały szczeniaczek, burząc całą swoją otoczkę wylajtowanej nie_takie_rzeczy_robiłam wyjadaczki.

Pojawia się zatem pytanie, czy ktoś może mi doradzić jak poruszać się po Warszawie by nie zbankrutować? Będę 1-2 październik, można więc zaprosić mnie (i zawieźć) na piwo.

A jako, iż wciąż mam kartę graficzną w reklamacji, zamiast moich wygibasów, będą wygibasy MIŁOŚCI mojej tegorocznej, czyli Marlo. Doceńcie, że tak się obnażam i zróbcie jej trening. Będziecie chciały więcej – więc szperajcie na jej kanale. Takie „nic” co po chwili pot z dupy wyciska.

 

Oczywiście ogłoszenia duszpasterskie: powoli wyczerpuje się limit miejsc na INTRO, spieszcie się więc! Żadne inne szkolenie w Polsce nie jest tak kompleksowe i nie przygotuje Cię do treningów kettlebell metodą HardStyle lepiej.

Mniej znaczy więcej. Mniejwięcej.

Standardowy

Zaczynam się zakochiwać w jeszcze prostszej prostocie treningu. Obawiam się, że niedługo wejdę w ten stan Zen, że zacznę rozpatrywać myślenie o treningu jako trening. A nie, wróć, tak robią jamochłony. Ale do rzeczy, o co z tym absolutnym uproszczeniem chodzi?

Może będzie to strasznie niewygodne stwierdzenie dla wielu osób mnie czytających, ale po czym poznać początkującego zapaleńca?

ROBI WSZYSTKO NA RAZ.
I ABSOLUTNIE nie mam tu na myśli symetrycznej pracy ciała i harmonijnym rozwoju całej sylwetki.

Chce wszystkiego – schudnąć, zrobić masę, siłę nóg, silnego press’a, szpagat i mostek, nie wspominając o kondycji Nie_Do_Zajechania. Najlepiej – w dwa tygodnie. Tink!

O ile zawodowi sportowcy trochę zazdroszczą początkującym szybkich efektów, które przez pierwsze pół roku (uogólniając) lecą jak pojebane pardon my french , o tyle zdają sobie sprawę, że w kolejce zawsze czeka kryzys – gdy już osiągniemy pewien pułap, progres nie jest tak bardzo spektakularnie widoczny. I rodzą się wątpliwości, i przychodzi zmierzch motywacji, i zaczyna się poszukiwanie nowego kopa – nowej dyscypliny, w której będzie się błyszczeć. Oczywiście pod warunkiem, że nie zaczyna być konieczne leczenie wielu kontuzji których się nabawiliśmy „w drodze na szczyt”.

Jeżeli zaczyna się z kompetentnym instruktorem, to nawet nie wie się, kiedy przeszło się etap przygotowania ciała do owego wypadu w góry. Dla mnie zawsze rekordy były wspinaczką, do której przygotowywałam się najlepiej jak to możliwe – może dlatego nigdy mnie nowy rekord nie zaskakiwał. Owszem odbierało to trochę poczucie zaskoczenia zwycięstwem nad własnymi słabościami, ale zawsze wiedziałam co konkretnie zadziałało, gdyż wynik nie brał się z przypadku, czy z tak zwanej dupy. Jestem metodykiem z krwi i kości i nie umiem inaczej. Kiedy usłyszałam od jednego z ekspertów HardStyle Kettlebell, że „głównym zadaniem treningu, nie jest zabawiać studenta – będzie on całkiem uszczęśliwiony patrząc w lustro na jego efekty”, prawie się rozpłynęłam w zachwycie.

Wiem, że różne osobowości mają różne podejście do treningu – nie próbuję udowodnić, że mam jedyną, przenajświętszą rację. W końcu moje rekordy to nie materiał na pierwsze strony gazet – oczywiście w wypadku, gdy ma się o mnie pojęcie jako o fitnessce z dziada pradziada, a nie jako małym kluskowatym jamochłonie, który ma więcej książek w głowie niż zwojów mózgowych. Weźmy dowolnego sportowca, który trenował od małego embrionu, a zrobi moje życiówki w kilka miesięcy. Taki lajf. I dlatego, każdy powinien cieszyć się ze swoich zwycięstw, a nie porównywać się z innymi. Schudłaś 2kg? Sukces! Ktoś inny w tym czasie schudł 15? No i co..?

Biorąc przydługi wstęp pod uwagę, systemy „mniej a więcej” należy rozpatrywać właśnie pod takim kątem – nie jako „nie chce mi się zapierdalać”. Jeżeli wciąż masz ruchową nad-aktywność do wypalenia, zapierdalaj sobie w najlepsze. Jeżeli natomiast obawiasz się, że bliżej Ci do słomianego zapału z tą całą aktywnością fizyczną – pójdź w minimalizm, przemyć trening do planu codziennego, i bądź zaskoczona, że po kilku miesiącach DALEJ CI SIĘ CHCE.

Gdy jakiś czas temu publikowałam wpis o Lauren Brooks LINK O TUTAJ, wciąż mimo wszystko podchodziłam do tematu trochę jak pies do jeża. Jak to, mam robić tak mało by zwiększyć tak wiele? Coś tu tak jakby nie pasuje. Pewnie podpucha. Od razu się roztyję i rozflaczę*. *tak, sama to wymyśliłam

Przyznam, że uważam, iż trening Mniej a Więcej najlepsze efekty przyniesie zawodowym sportowcom. „Młodzi” nie powstrzymają się, przed niedorzuceniem czegoś więcej. Będą czuć niedosyt, pójdą na saunę/pobiegać/whatever i zepsują efekty nadgorliwością. „Starzy” będą trzymać rygor, chociażby z ciekawości.

Jeżeli czujesz, że czas zabrać się za treningi mało objętościowe – na początek proponuję system Andrew’a Read opublikowany na www.breakingmuscle.com (czek o tu – dobry artykuł!)

Plan na 6 tygodni:
Poniedziałek: 10 x 3 front squat i power cleans
Wtorek: 5 x 5 bench press i podciąganie podchwytem, 3-4 x 6-8 innego ćwiczenia na górną partię ciała
Środa: Rest albo lekkie cardio
Czwartek: to co w poniedziałek
Piątek: Rest albo lekkie cardio
Sobota: to co we wtorek
Niedziela: Rest albo lekkie cardio

Jeżeli natomiast wciąż wolisz trening za jednym zamachem na całe ciało z kettlem, propozycja poniżej *(z powodu awarii monitora nie mogłam skręcić odcinka – na laptopie niestety nie da się pracować. Z uwagi na możliwe pytania o ‚ćwierć Turka’, zamieszczam filmik z komórki.). To mój trening pod Turkish Get Up 28kg (czyli 50% BW).

Czas: 35 minut (bez rozgrzewki i stretchingu)

Ćwiczenia:

1. Back Squat lub goblet squat 7×5
2. Ćwierć Turka 2x5x2 + 1x5x2
3. Martwy ciąg bokiem lub Windmill 5x5x2

Rozpiska:
Zrób trening w zależności od potrzeb i możliwości – jeżeli czujesz, że ciężar do któregoś ćwiczenia jest zbyt duży na ilość powtórzeń – zmniejsz go. Panowie będą brać ciężary analogicznie: 8kg=16kg, 12kg=24kg, 16kg=32kg, 20kg=40kg, 24kg=48kg.
Pierwsze dwie serie Ćwierć Turka wykonujemy tylko na łokieć. Ostatnią, najcięższą, robimy na dłoń. (filmik ukazuje moją ostatnią serię, dlatego jest to trochę nieczyste technicznie – taki lajf)

Zielona: Do przysiadów weź największego kettla jakiego masz – czyli coś około 12~16kg. Do tureckiego weź 8kg. Do boczków (martwych ciągów bokiem) ponownie weź największego kettla jakiego masz.

Pomarańczowa: Do przysiadów weź największego kettla jakiego masz – czyli coś około 16kg~24kg. Jeżeli pracujesz na sztandze – ok.30kg. Do tureckiego weź 16kg na pierwsze dwie serie. Do ostatniej serii weź 20kg. Boczki rób także 20kg (lub najcięższym co masz), a Windmille 12kg.

Czerwona: Do przysiadów weź największego kettla jakiego masz – czyli coś około 16kg~24kg. Jeżeli pracujesz na sztandze – ok.40kg. Do tureckiego weź 16kg na pierwsze dwie serie. Do ostatniej serii weź coś cięższego (np.24kg). Boczki rób 24kg, a Windmille 16kg.

Enjoy!

Padłaś? Poleż. O godzeniu pracy z przyjemnością.

Standardowy

 

Muszę poleżeć i przemyśleć nie tylko czy karma po myszy wróci mi między oczy, ale czy faktycznie nie biegam w kołowrotku ze swoimi treningami.

Tak, wiem, MOCNE.

Zauważam, że od pewnego czasu jestem ciągle zmęczona. Zmęczona się budzę, zmęczona zaczynam trening, trochę lepiej jest po treningu, ale zaraz trzeba prowadzić trening, więc znowu zaczynam być zmęczona. Zmęczona gotuję, jem i się dokształcam. Wszystko na zmęczeniu, włącznie z odpoczywaniem.

Jako strateg, zaczęłam powody zmęczenia rozkładać na czynniki. Wpierw dodałam sobie dodatkowy Rest Day w tygodniu, ale przecież tyle fajnych rzeczy jest do zrobienia… No to okroiłam obowiązki, scedowując część obowiązków na inne śliczne barki. Oczywiście, natura nie lubi próżni, więc w miejsce oddanych przyszły nowe – ale do czego zmierzam?

Może czas zmienić coś treningach?

Wiele osób prosi mnie od dłuższego czasu na poruszenie tematu godzenia obowiązków trenera z pasją trenowania. Mówiąc prościej – jak połączyć trenowanie innych z trenowaniem siebie? Na pewno młodość pomaga.

Kiedy mówi się, że trening grupy nie jest treningiem instruktora, nie zawsze ma się na myśli, iż instruktor nie powinien w tym czasie sam trenować. Częściej chodzi o to, że planując program dla studentów powinno się brać pod uwagę ich potrzeby, możliwości i długoterminowy program ich rozwoju. To, że instruktor „macha” razem z grupą działa często motywująco na tych drugich, a „autopsyjnie” na tego pierwszego. Jeżeli trener nie ma doświadczenia w latach, to wspólne machanie powie mu/jej o tempie, o częstotliwości i ciężarze więcej niż pierdylion książek.

Jeżeli chodzi o kettlebells metodą HardStyle – to nie można jeszcze oczekiwać, że każdy instruktor ma duże i dobre doświadczenie w budowaniu planu treningowego a następnie włączaniu go w dłuższy cykl – gdyż metody Pavla Tsatsouline’a w Polsce są stosunkowo młode. Moje, 4-letnie doświadczenie jako instruktor HS kettlebells pozwala mi już na rzucenie okiem na plan i wyklarowanie, czy to dobry pomysł brać „ten” ciężar „tyle” razy, i czy to ćwiczenie nie powinno być po tym trzecim, a może wręcz zamienić je na inne. Ale ja mam doświadczenie biorące się z wymachania właśnie, nie tylko książek, szkoleń i artykułów. Ponadto jest jeszcze ten rodzaj intuicji w instruktorze, który.. ale to zupełnie inny temat.

Od miesiąca nie prowadzę grup kettlowych. Szok i niedowierzanie, oraz zawiedzione spojrzenia wielu kurek. Jaki jest jednak bardzo ważny powód? 2-3h dziennie prowadzę treningi pole dance, a do tego jeszcze muszę znaleźć czas na własny trening kettlami, na własny trening rury i na własne treningi rozciągania i pracy z ciałem. Nie żalę się na liczbę godzin w dobie, tylko na moje fizyczne możliwości i psychiczną odporność. W dodatku mam traumę po myszorze.

Powiedzmy sobie jasno – jestem wypłukana i nie wiem skąd biorę siłę by ciągle czynić te swoje podrygi patrz poniżej. Nie jestem najlepszym autorytetem na mądre rozplanowywanie treningowego miesiąca, lepiej już zapytać dowolną matkę Polkę jak to robi, że paznokcie ma pomalowane. Jednak to co mogę Wam powiedzieć, to że wciąż szukam i testuję. Obecnie znalazłam to zamierzałam przetłumaczyć, ale..

ALL YOU NEED IS LIFTING

W najważniejszych punktach, czemu warto przeczytać i przemyśleć powyższy artykuł:

1. Jeżeli nie lubisz czegoś robić, prawdopodobnie robienie tego wpłynie negatywnie na każda inną czynność, z którą dana czynność jest związana. Great, nie cierpię cardio.

2. Czas i energia nie są nieskończone, dlatego warto robić to, co najbardziej się przydaje i inwestować w to co najbardziej chcemy, a nie wypróbowywać wszelkie nowości na rynku.

3. Wiek to nie wymówka. Geny to nie wymówka. Brak czasu to nie wymówka. To co tam mówiłaś..?

4. Porównaj się. Jak się czujesz w stosunku do swoich rówieśników? Czy jesteś lepsza robiąc to, co robisz teraz, czy gorsza niż kiedyś, gdy robiłaś inne rzeczy?

5. Jak rozciągniętym trzeba naprawdę być?

6. Pomijając górskich maratończyków i wielbicieli SSST pozdro wariaci, kiedy ostatni raz zabrakło Ci kondycji do robienia tego, co sobie zaplanowałaś?

7. Czy Twoja rozgrzewka ma konkretny sens i cel, czy tylko chcesz się podnieść sobie temperaturę?

Naprawdę warto poczytać. Moje ulubione zdanie podsumowujące: Należy mieć umysł otwarty, ale szczelny i krytyczny. Jakiekolwiek myśli nie zakiełkują w Twojej głowie po tym artykule, wiedz, że jeżeli nic nie zmienisz, to nie zmieni się nic. Jeżeli nie jesteś zadowolona z miejsca w którym aktualnie jesteś, ułóż nowy plan. ZAWSZE możesz coś zmienić, a życie jest tylko jedno.

Żeby nie było pesymistycznie – to ta mysz, najsłodsza, najmniejsza baby mouse, która wykopałam o 3-ciej w nocy w zimność, ciemność i kocie zło - akcent humorystyczny w dzisiejszej notce, czyli Angela na rurze. Jak coś, co sprawia mi tyle radości, powodować może jednocześnie morze frustracji? Ta galaretka, ta stopa, dat ass – spoko, za rok będzie lepiej! Enjoy the wiggle.

Jak uwieść mężczyznę nagimi plecami.

Standardowy

Podobnie jak siła, uwodzenie to umiejętność. I tyle w temacie.

Mało kobiet chce mieć muskularne plecy. Wolą raczej szczupłe i smukłe. Jak mam więc przekonać kobiety do treningu mięśnia najszerszego grzbietu? Zróbmy to w częściach – zaczynając od budowania silnej bazy, czyli stabilizacji. A co mogę Ci obiecać, że będzie naszym rezultatem?

Znikną Ci wałeczki pod pachami, które odcinają się pod biustonoszem.

Wystarczająco dobry powód? Bo oprócz tego to już takie drobiazgi jak:
- lepsza postawa* to jak zyskać 2cm w pionie, a stracić 4 w poziomie,
- ułatwiają pływanie, bieganie, taniec, seks, i wszystko inne też,
- pozbycie się bóli krzyża i komputerowego garba,
- wyrównanie proporcji ciała gdy masz za duży brzuszek,
- nałożenie zdrowego mięsa na oklapłą dupę a w efekcie FENOMENALNY tyłek,
- wycięcie galaretki z tyłu ud,
- wyrzeźbienie przedramion tak, przedramiona mają mięśnie!
- są bardzo prostym i bezpiecznym* *nie można ich zjebać przez nieuwagę, gdy już rozumiesz poprawny mechanizm ćwiczeniem, które nie wymaga od Ciebie kondycji, rozciągnięcia ani dużej ilości czasu.

Żeby nie było niedomówień – martwe ciągi to nie genialny spalacz tłuszczu, pomimo że palą masę kalorii. To genialny wzmacniacz kluchowatej sylwetki. To król ćwiczeń, który wygląda godnie (połowa wagi Twojego ciała na rozgrzewkę? to brzmi zaiście jedwabiście) i daje godne rezultaty (szybko! motywacja jak porządny kop w dupę).

Poza tym, jeżeli nie umiesz martwego ciągu – nie masz się co pchać do swingów.

Czas: 30 minut

Ćwiczenia: Trening gadany – dokładnie obejrzyj odcinek. Robimy Dead Lift po 5 powtórzeń w 3 seriach każdym ciężarem. Idziemy drabiną obciążenia. Pamiętamy o stretchingu – chyba że lubisz swój cellulit.

Zielona: Zacznij bez ciężaru, weź 8kg i 16kg (ewentualnie do swojej 12stki doklej obciążenie na kostki). Jeżeli idzie zbyt lekko – rób po 10 powtórzeń. Postaraj się utrudniać sobie i mentalnie podchodzić do ciężaru jak do słonia – mocno się zepnij, wbij stopy w ziemię, pośladki i brzuch napięte. Nie patrz w bok gdy wykonujesz ćwiczenie!!!

Pomarańczowa: 12kg, 16kg i coś cięższego. Wskazówki jak powyżej. Pamiętaj o oddechu siły i mocno spinaj łopatki „w dół”. Dynamicznie wychodź w górę i powoli się opuszczaj – masz czuć napięcie w dwójkach (z tyłu ud). Jeżeli nie czujesz napięcia w pośladkach – wyobraź sobie, że pomiędzy nimi masz banknot 100 euro i wieje mooocny halny.

Czerwona: Zacznij od połowy wagi ciała i idź w górę. Nie przesadzaj jednak z ilością powtórzeń – pamiętaj, jutro tez jest dzień!

PS. Jeżeli nudzi Cię sam martwy ciąg RILI?, dodaj do tego przysiady. Pupa cudnie spuchnie!

PS.2 Mysz mnie rano obserwowała jak śpię. Creepy. Trzeba ją nazwać. Propozycje?