Mój pierwszy raz.. ze spalaczem.

Standardowy

Na pewno szukałaś.

Albo siedziałaś na internecie trzy dni z rzędu wspomagając skupienie czipsami/paluszkami/orzeszkami, albo poszłaś do sklepu, by po Twojej iście łzawej historii życia, miły pan mile się uśmiechając („I don’t give a shit, grubasie”) wcisnął Ci czerwone tabletki.

Ewentualnie zachowałaś się jak przestraszona kura i poszłaś po to samo do apteki, bojąc się wyśmiania własnych fałd tłuszczu przez pozbawionego szyi sprzedawcy.

Każdy, to przeżył. Nawet męskie glizdy ludzkie, szukające magicznego preparatu zwiększającego z dnia na dzień masę, ufające jedynie nazwom typu „Mutant Mass”.

Każdy miał taki dzień, w którym podjął decyzję o suplementacji.

Porozmawiajmy więc o Twoich problemach*.
(* I don’t give a shit, but oh well.)

Jeżeli nie zapuściłaś się do momentu gdy ludzie zaczynają bać się przechodzić obok Ciebie by nie wpaść na Twoją orbitę i nie zostać uwięzionym jak ten blady kawałek sera nad naszymi głowami – daruj sobie chemię i przestań żreć. Przestań żreć tyle pieczywa i produktów mącznych. Przestań chlać to bąbelkowe gówno w kolorze pomarańczy. Odstaw puste kalorie i jedz jak człowiek, a nie ofiara McDonalda.

NIE MA słodkich koklajli pomagających schudnąć.

NIE MA batoników musli, których kalorie się nie liczą.

NIE MA urządzeń do spalania tłuszczu podczas robienia manikiuru.

No. Przypominam dla zasady. A teraz słowo o suplementacji.

Spodziewając się świeczek, atłasu, muzyczki i truskawek w szampanie, rzeczywistość mnie zawiodła. Spędziłam dużo czasu na czytaniu o spalaczach, by tak od razu, za pierwszym razem, odnieść oszałamiający sukces. Jednak oczy kobiety niekoniecznie zawsze połączone są z mózgiem. Jeżeli napiszę tu i teraz, że spalacze pomogą Ci w około 4-6% zgubić sadło, to na pewno to do Ciebie nie dotrze. Przecież to cholerstwo tyle kosztuje, że musi działać! Tyle tego jest na rynku! Tak dobrze się sprzedaje!

Tak, tysiące much nie może się mylić.

Jestem upartym osłem i to jedna z tych POZYTYWNYCH rzeczy o mnie. Sama muszę przekonać się na sobie, innym nie ufam. Kiedy więc dowiedziałam się na szkoleniu instruktorskim z ust doktora z AWFu, że l-karnityna w tabletkach/proszkach/soczkach NIE DZIAŁA, przez trzy miesiące karmiłam się dużymi dawkami za jeszcze większe pieniądze.

L-karnityna nie działa.

Następny był ów magiczny spalacz, wybrany z miliona, na podstawie ekscytujących opinii i naprawdę ładnej kampanii reklamowej w USA, który miał zastarzałe pokłady tłuszczu (czyli nie te nowe) we mnie spalić w płomieniach treningu. Płomień treningu azaliż był. Prawie się wypaliłam trenując dwa razy dziennie 4 dni w tygodniu, by zobaczyć te spektakularne efekty. Nawet dietę zaczęłam trzymać, bo jak już się powiedziało „a” i „b”..

Skuteczna chemia jest na receptę.

Zawiedziona straszliwie, odpuściłam sobie nadzieję na to, że w telewizji jednak nie kłamią. By jednak być w tym swoim eksperymencie dokładna, podjęłam się przetestowania innego spalacza na innej osobie. Osobie o zbliżonej masie, ilości i jakości treningów, oraz oryginalnemu podejściu do diety:

By towarzyszyć jej w testach suplementacyjnych, zamówiłam dla siebie BCAA (już i tak długa notka wyszła, więc zgogluj sobie). Od poniedziałku więc zaczynamy eksperyment – ona ma schudnąć, ja mam się wyrzeźbić. Trenujemy tak samo, nie trzymamy diety. Wyniki po miesiącu.

Tak jak powiedziałam – nie Ty jedna szarpiesz się ze swoimi jeansami. Aż dziw, że jeszcze nikt nie opatentował łyżki do spodni, pomagającej wsunąć je na dupę, jak stópkę do bucika. To że jesteś gruba i nieszczęśliwa to tylko i wyłącznie Twoja wina. Nie ma nikogo kto by bronił Ci być grubą i szczęśliwą. Nie ma nikogo, kto sprawi że schudniesz i będziesz szczęśliwa. To wszystko to TY, Twoje decyzje, Twoje wybory i Twoja praca. Pomyśl o tym, nim zaczniesz miauczeć.

Idź zrób trening z piłką.