Szpilki, przepukliny i kilogramy żelastwa.

Standardowy

Sklepy z biżuterią i butami potrafią zaginać czasoprzestrzeń. Seriously. Idzie taka kura pasażem, niby wszystko w porządku, sytuacja opanowana bo nie ma przecen. I nagle WSIĄKA.

Jeśli kiedykolwiek drogi mężczyzno zgubisz kobietę na zakupach, odwiedź pierwszej kolejności owe przybytki rozpusty i wyuzdania, a potem dopiero dzwoń na policję. W ostateczności możesz próbować ją wywołać przez mikrofon, ale pamiętaj – czynisz to na własną odpowiedzialność. Może się bowiem okazać, że w stresie wydała wszystkie pieniądze. Bynajmniej nie swoje. (P.s. widzę głęboki sens w ustawianiu przepastnych kanap i miękkich foteli przed co bardziej popularnymi otchłaniami męskiej rozpaczy.)

Żadni kanadyjscy, amerykańscy czy japońscy naukowcy nie pokusili się o wytłumaczenie dziwnej zależności pomiędzy wysokością damskiego obcasa a potrzebą jego posiadania przez płeć piękną. Więc nie będę się wgłębiać i zaliczę to do praw fizyki i przyrody.

W końcu nie ważne ile przytyjesz, rozmiar buta się nie zmienia.

Szpilki to cudowne lekarstwo na całe zło i najszybszy sposób na poczucie się kobieco. Fakt posiadania miliona butów przez kobietę nie jest tematem wartym dyskusji. Podobnież efekt szczuplejszych nóg, jędrniejszych pośladków, kuszących pęcin czy kołyszącego ruchu bioder. Tematem jest PRZERĄBANY WPŁYW NA KRĘGOSŁUP.

Buty na wysokim obcasie powodują ataki pasożytów trudnych do odpędzenia, narzucających się, przynoszących prezenty i zabierających na kolację. Poza tym, na skutek noszenia wysokich obcasów cierpi również kręgosłup, bo ciężar ciała przenoszony jest do przodu, co wymusza pogłębienie naturalnego wygięcia kręgosłupa w odcinku lędźwiowym. Lansowane 15stki (szpilki, nie dupy) kompletnie odcinają kobietę od kontaktu z podłożem, w sumie więc lepiej, jak tylko leży i ładnie w nich wygląda.

To nie jest tak, że teraz masz założyć onuce na twarz i w kaloszach poginać po mieście. To znaczy, że masz TYM BARDZIEJ dbać o swój kręgosłup. A kto jak kto, ale w tym temacie mam coś do powiedzenia. Coś, co odda Ci dużo większą przysługę, niż zalecenia lekarza na temat „oszczędzania się” i wizyt terapeutycznych na basenie.

Nie mam doświadczenia bardziej wiarygodnego, niż własne. Można tłumaczyć długo i cierpliwie że od złego, długotrwałego siedzenia może boleć kręgosłup, gdyż zmieniają się funkcje łańcucha kinematycznego – ale to równie skuteczne, co tłumaczenie że tyje się od żarcia a nie z powietrza. Każdy wie, każdy zlewa. Na ból i na schudnięcie – bierze tabletkę.

Kilka lat temu poszłam razem z Darkiem na rezonans magnetyczny kręgosłupa, gdyż pobolewały go plecy. Lekarz za głowę się złapał i nie puszczał. Artystyczne zdjęcie powinno służyć studentom medycyny to diagnozowania przepuklin u mutantów, gdyż wszystkie owinięte ciasno były mięśniami. „Pan nie powinien być w stanie chodzić”. Jednak zamiast pogodzić się ze stanem faktycznym, położyć się i umrzeć, Dariusz inaczej zaprojektował trening. Bóle przeszły po tygodniu i nie pojawiły się do tej pory.

Wspominam o tym dlatego, iż nie urodziłam się z kettlem w ręku.

Swoje dwie przepukliny na kręgosłupie zawdzięczam:
a) długim godzinom grania w Fallout/Diablo/BG/UO/Arcanum/Planescape:T/NN/etc.
b) przenoszenia betonowych krawężników (pozdro dla pani od biologii)
c) Krav Madze (pozdro dla sadystycznego sparring partnera)

Jak widać – NIJAK się to miało do regularnego sportu siłowego czy żelastwa.

Po tym jak kilka razy mnie „złapało” i jeść mogłam tylko z podłogi a na dupie nie było miejsca by wbić igłę, wylądowałam w szpitalu. Tam miałam sporo czasu na przemyślenie zaistniałej sytuacji. Przed stołem operacyjnym zaparłam się czterema raciczkami. Rehabilitacja z przystojnym doktorem zagroziła moim życiowym oszczędnościom. Więc? Poprosiłam o program treningowy Darka.

Tak trafiłam na kettlebell. Nie szukając nowości treningowych, nie pragnąc schudnąć, nie myśleć o życiowych rekordach i o tym, do czego autentyczna siła może się w życiu przydać.

Trafiłam na kettlebell, bo bardziej od poruszania bolało mnie stanie w miejscu, od stania siedzenie, a od siedzenia – leżenie.

Na początku wszystko było piekłem. Potem było łatwiej. Teraz nie mam żadnych bóli kręgosłupa. I wreszcie nie chodzę zgarbiona – co chyba najbardziej interesowało moją perfekcyjną mamę.

Czas: 15-20 minut

Ćwiczenia:
1. Martwy ciąg
2. Martwy ciąg jednorącz
3. Swing oburącz
4. Swing jednorącz
5. Supermenki – statyczne
6. Odchylenia grzbietu / Supermenki – dynamiczne

Twoja rozpiska:
Złap ciężar który masz najcięższy, a który nie jest kanapą.
Jeżeli jesteś początkująca i masz tylko siebie – wykonuj ćwiczenia z butelką wody, pamiętając by oszukiwać mózg co do ciężaru butelki.

Zielona/Pomarańczowa/Czerwona: Ciężar dopasowany do możliwości, po 7 ruchów na rękę (oburącz – 14), trzy serie każdego ćwiczenia.

W przygotowaniu II i III część treningu godzinnego!

Enjoy!

Chcesz być noszona na rękach?

Standardowy

Przestań wpierdalać, zacznij jeść i pościć. Poważnie. Przyczyniasz się do ogólnej tendencji zanikania mięśni u facetów, które by były odpowiedzialne za podniesienie czegoś ponad 55kg. Gdzie bowiem sens w podnoszeniu konia z wozem?

Sarkazm nie jest moim hobby, ale drogą życia – w tej jednak notce jestem poważna.

Niejednokrotnie spotykam większą krzepę u kobiet niż młodych mężczyzn. W owej krzepie widzę potencjał do czego kobieta może dojść, a nie pierwszy sygnał do kompleksów, iż ukochany jest węższy w biodrach od Ciebie.

Krzepa nie oznacza tłustości, gdyż spotykam kobiety pozornie zbyt chude, by efektywnie miały bawić się żelastwem. Z nimi praca jest równie „ciężka”, gdyż przekonać chudzinkę że może machać 16stką jest tak samo ciężko, jak przekonać kawał baby, że 8kg to dla niej porażka. Na szczęście natura obdarzyła mnie serdecznym uśmiechem i uporem pośledniejszej wersji konia, co często czyni ze mnie odpowiedniego rodzaju parchę.

Pozwolę sobie przy okazji na ukłon w stronę Crossfitu – gdyż to on z sukcesem wprowadził do fabryki tłustych szkap (tzn. mediów wszelakich) obraz silnej kobiety bez kawałka miary krawieckiej na brzuchu. Obraz siły i sprawności. Małą laurkę dla mięśni nie do końca widocznych, na pewno jednak obecnych.

Nie ma magicznych pigułek czy bezpiecznych pasożytów, które sprawią że schudniesz. Jest tylko cała masa pigułek które sprawią, że tak szybko nie wykitujesz. Jeżeli jesteś z przedziału 20-40 lat, to zapewne jeszcze nie wiesz o czym mówię. Jednak wbrew pozorom, życie kobiety nie kończy się na 40stce. Surprise dziady!

Jako iż cierpię na syndrom Nakarm_Mnie_Węża, mam okazjonalne napady obżarstwa. Tak. Serio. Nie próbuję tutaj na siłę udawać, że rozumiem czemu sięgasz po wysokokaloryczne, bardzo pocieszające żarcie.

BO JA TAK MAM.

Przez jego ogólną dostępność i własną słabość nigdy nie wystąpię wśród kandydatek na BikiniFitness. Niezależnie czy będę ćwiczyła trzy czy siedem razy w tygodniu – nie uda mi się to, dopóki nie ograniczę kalorii. A ograniczenie kalorii traktuję jak karę za bycie zajebistą. Wolę więc nie być zajebistą.

Treningi kettlebell sprawiły że spadłam z wymiarów bez diety – fakt – jednak ten spadek nie postępuje do momentu jaki widzicie z reklam suplementacji. Nikt, prócz tych błogosławionych genowo, nie będzie miał „tary na brzuchu” bez ujemnego bilansu kalorycznego. Nawet jeśli więc trening pochłonie 1000kcal, to oznacza że wciąż pilnujesz by nie przekroczyć 2500kcal. Matma. Zło. Lepiej nie pytać ile to jest 2500kcal, szczególnie że właśnie piję latte o zawartości ok 450kcal.

Kiedy znalazłam system dwóch dni postu – wiedziałam, że to kolejna duża zmiana w moim życiu. Nie zastanawiałam się, nie zwlekałam. Pierwszy tydzień rozpoczął tablicę – i teraz, kiedy ukończyłam tydzień dziesiąty – wiem, że nie potrzebuję już tablicy. Może nigdy nie podążysz moim śladem, ale wiedz, że aktywny post to nie tylko sprawa zrzucenia kilogramów. W dłuższym rozrachunku to sprawa zdrowia.

Powyżej linkuję film dokumentalny Michaela Mosleya na temat postu. Nie ma do niego napisów, więc w skrócie streszczę najważniejsze punkty i wnioski:
(nie jestem po medycynie, więc poprawcie mnie, jeżeli coś źle z filmu zrozumiałam)

1. Odżywianie wpływa nie tylko na stan zdrowia – ale i na proces starzenia się.
2. Ważne jest nie tylko CO jesz, ale kiedy i jak.
3. Im społeczeństwo głodniejsze* – tym średnia wieku życia się wydłuża. *bez przegięć.
4. Post obniża prawdopodobieństwo wystąpienia chorób sercowo-naczyniowych (w USA to 40% powodów zgonu)
5. Post działa silnie na tłuszcz brzuszny.
6. Duża produkcja hormonu IGF-1 (odpowiedzialnego za wzrost) przez wątrobę zaburza proces regeneracji komórek ciała (przyczyniając się np. do cukrzycy)
7. 24h postu obniża w sposób znaczący poziom glukozy i IGF-1
8. Po dniu postu nie ma obżarstwa – badania wykazały, że przyjmiesz ok. 110% tego, co i tak byś zjadł.
9. Post wpływa na obniżenie ryzyka chorób i dolegliwości związanych z wiekiem i dotyczących pracy mózgu.
10. Nie jest dla wszystkich – tylko dla osób zdrowych i nie w ciąży.

Ze swojego doświadczenia potwierdzę to najważniejsze:

1. Nie boisz się postu – boisz się „co to będzie?”, dlatego następne dni postu są dużo łatwiejsze.

2. Głód nie jest stanem który narasta nieprzerwanie – jest falami, które odpływają.

A co z SIŁĄ? Myślę, że obędzie się bez komentarza.

Kobiety nie biegają za mężczyznami

Standardowy

tak jak pułapki nie biegają za myszami.

(dwa głębokie wdechy)

Cześć, nazywam się Angela i NIE BIEGAM.

Nie stosuję endomodo, nie noszę bransoletek nike’a, nie wiem jak wygląda adidas miCoach. Używam telefonu, od którego jestem bardziej smart i niestety nawet jakbym chciała, to ZOMBIE mi nie działają. Prawdę mówiąc może dwa razy w życiu biegłam do autobusu. Bieganie zawsze traktowałam trochę jak fizyczne upokorzenie, preferując poruszanie się dostojnym ślizgiem gejszy, ewentualnie krabim podskokiem via Zoidberg. Rozumiem ideę „do biegania trzeba się przekonać biegając”, jednak jej atrakcyjność plasuję w okolicach kotletów sojowych. Jeśli podzielasz – ta notka jest dla Ciebie.

Przeczytałam kilka mądrych artykułów na temat „biegając bez diety NIE SCHUDNIESZ”. Pogadałam ze znajomymi, którzy karierę biegania zakończyli na różnych kontuzjach kostek i kolan. Wysłuchałam zalet, doceniam element „oczyszczenia głowy z myśli”, dostrzegam ironię przekonania vel „nie zgubię cycków”, rozumiem „ciągły niedosyt, głód ruchu i ekscytację”.

Fakt, że *każdy* teraz biega nie robi na mnie wrażenia. Nie czuję się winna. Nie mam ochoty iść trzasnąć 20 kilometrów inaczej niż terenowym autem. Co tam, ja KIBICUJĘ biegającym, bo to zawsze jakaś szansa, że paliwo stanieje.

Nie wiem jednak czemu wciska się ludziom kit, że codzienne maratony są zdrowe.

Nie będę Cię przekonywać, że masz przestać biegać. Jeżeli to lubisz – rób. Twój cyrk, Twoje małpy. Tak jak w furię wprawia mnie stwierdzenie, że nie ważne co, ważne że COŚ ze sobą robisz (bo każda aktywność sportowa jest lepsza od bezczynności), tak chwalenie się, że człowiek biega – nie wywołuje we mnie żadnej agresji czy sprzeciwu. Za każdym razem gdy widzę biegające panienki, czy to na bieżni czy po mieście, mam ochotę zawiesić im akumulator i wiatrak na plecy, coby dziewczę prąd przy okazji produkowało, a nie tylko buty ścierało.

Żadna z takich kopytkujących kurek nie wie jednak, że bieganie wpływa niekorzystnie na pracę tarczycy. Bieganie nie jest magiczne. (Kettle są magiczne!) Twoje ciało spala kalorie za każdym razem, gdy pracują Twoje mięśnie, dlatego dwie godziny pracy* przyniosą Ci ubytek 1000 kalorii.*umówmy się, że nie mówimy o dreptaniu. Każde cardio które będziesz robić regularnie, bez treningu siłowego, zrobi z Ciebie WYTRZYMAŁĄ ACZ MIĘKKĄ KLUSKĘ. I będziesz mogła się chwalić swoją wydolnością, lecz dalej będziesz unosić się na wodzie, chyba że pogodzisz się z permanentną dietą 1000 kcal. Powodzenia.

Badania, zarówno kliniczne jak i obserwacyjne, podają przekonywujące argumenty, iż zbyt dużo cardio może wpłynąć niekorzystnie na produkcję hormonów tarczycy T3 (spowolnioną przemianę materii), szczególnie gdy towarzyszy temu ograniczenie kalorii i zbyt częste ćwiczenia z tętnem na poziomie 65%. To dlatego wiele zawodniczek bikini fitness po prostu eksploduje w wadze po powrocie do normalnego odżywiania, i dlatego wszystkie spędzające długie godziny na bieżni czy orbitreku osoby męczą się na darmo.**

Zamiast przejmować się czy 24-godzinny post wpłynie na Twoją przemianę materii, zastanów się nad tym, czy nie zamęczasz organizmu pozornie bezsensownymi czynnościami, do których nie zostało stworzone.

Zbyt dużo cardio w rzeczywistości wywołuje również utratę mięśni w dwóch mechanizmach. Regularne i długotrwałe cardio wywołuje utrzymujący się podwyższony poziom kortyzolu, który przyczynia się do utraty mięśni, co z kolei podwyższa poziom miostatyny – silnego niszczyciela tkanki mięśniowej. Żegnamy się także z gęstością kości, ponieważ zmniejsza się ona ze spadkiem masy i siły mięśniowej.**

Jeżeli każde obżarstwo próbujesz naprawić godzinami aerobiku lub innego bullshitu – wyrządzasz sobie podwójną krzywdę.

Dlatego lepiej rób to:


Czas: do 45 minut

Ćwiczenia:
1. Goblet squat
2. Double goblet squat
3. Wykroki
4. Pistols

Obciążenie:
Zielona: brak lub 8kg
Pomarańczowa: 8kg lub 8kg+12kg
Czerwona: 8kg+12kg+16kg

Twoja rozpiska:
Zielona: 7 powtórzeń pierwszego i po 5 każdego następnego ćwiczenia w trzech seriach. Zamiast Pistols możesz robić Żurawia.
Pomarańczowa: 7 powtórzeń i po 5 każdego następnego ćwiczenia w trzech seriach. Pistols – po 3 powtórzenia na nogę w dwóch seriach.
Czerwona: 7 powtórzeń każdego ćwiczenia w trzech seriach z różnymi ciężarami. Pistols – po 3 powtórzenia na nogę w trzech seriach.
Enjoy!

** W notce, w sprawach mądrzejszych niż kura naczelna, posiłkowano się:
http://www.dangerouslyhardcore.com/5343/why-women-should-not-run/

Pomiędzy pumą a krową.

Standardowy

Czy gdyby tak wyglądała Twoja pierwsza lalka Barbie, to lubiłabyś swoje ciało bardziej?

Zeszły weekend spędziłam na warszawskiej siłowni, machając kettlem oczywiście. Jechałam tam trochę jak taka kura ze wsi i przez pusty mój łeb czasem przepłynęła myśl niewesoła, związana z sezonowymi kompleksami na temat własny i wylaszczonych instruktorek personalnych. W końcu w Warszawie na pewno mają światło i czyste lustra i nie da się ukryć gdy coś się odciska.

Okazało się jednak, że babeczki bynajmniej nie z ostatniej kolekcji Reeboka wysżły, więc zdołałam się nawet odzywać jak człowiek, a nie jak przyciśnięty do ściany szczur. Za to mężczyźni! No bez kitu. Śliczni po prostu. Pachnący. Z miękką skórą i twardymi pośladkami. W takich obcisłych galotach, że trening za ich plecami nabierał nowego, wiekopomnego znaczenia.

Trzeba zrozumieć, iż często trenuję z facetami. Ale w Zielonej Górze. A w Zielonej Górze, pardon my french, w dobrym tonie jest się być ożyganym. W portkach jak najszerszych, coby wszystko co ma latać sobie latało w przewiewności. W koszulce z poprzedniego treningu, która chyba nie dotarła do pralki, ale zwiedziła za to balkon. W skarpetkach, które założę się, że gdyby rzucić je o ścianę, to by się odbiły i odpełzły w popłochu.

Oczywiście, że lubię z nimi trenować.

Nikt tak jak oni nie motywują mojego dupska do przekraczania własnych granic. Żartobliwe chamstwo i pejcz najlepiej działają na trening kobiety. Jednak fakt, że żrą te wszystkie odżywki białkowe sprawia, że pracują także mięśnie zwierające dziurki od nosa. Jeżeli nie wiesz, to Ci powiem. Po „białeczku” dajesz tak z butli, że kwiatki więdną. Dlatego posiadanie faceta z widoczną kratą na brzuchu wiąże się z częstymi przeciągami. „Chciałaś kulturystę? To MASZ.” jak mówią w pewnych kręgach, bynajmniej nie prasie kobiecej. Oczywiście Warszafka to inny poziom odżywek. Tam na sali wręcz można wyczuć nutę kreatyny, a nie tylko chemiczny smak białka.

Kiedy jednak facet ma lepszy szampon ode mnie, to markotnieję. Może jednak troglodyci są światu potrzebni. Żeby klepnąć w tyłek bez zamiaru pomiaru tkanki tłuszczowej. Żeby usłyszeć tak szowinistyczny podtekst seksualny, że będziesz go jeszcze trzy dni później przeżywać, z uwagą i samozadowoleniem patrzeć na swoje atrybuty w lustrze. Szczególnie, gdy nie wyglądasz tak:

..A jak u Ciebie jest na sali treningowej?

Nie sądź o kobiecie po kilogramach

Standardowy

a nie będziesz sądzony po centymetrach. Amen.

Z najnowszych obserwacji poczynionych zatrwożonym okiem wynika, że Dieta-bieda jest przyczyną coraz większych cycków u młodych chłopaków. A czym jest Dieta-bieda? No właśnie. Ciągle jesteś na Diecie-biedzie, chyba że akurat stosujesz Paleo.

Wszystkich tych, którzy czują odrazę do świadomego postu, z góry przepraszam za tą notkę. Ja rozumiem miłość do jedzenia, jednak wzdragam się przed stawianiem religijnego monumentu instytucji wpierdalania, by „metabolizm nie zwolnił”. Widziałaś Ty w ogóle metabolizm, że tak w niego wierzysz..? (O, sarkazm!)

Naprawdę myślisz że spowolniony metabolizm jest przyczyną Twojego spasionego tyłka?

WIEM jak ciężko próbować płynąć pod prąd i z jakim ostracyzmem często możesz się spotkać. Szybciej Cię ściągną w dół do siebie, niż pomogą wspiąć się w górę. Ale pamiętaj – masz jedno życie i nikt go za Ciebie nie przeżyje. Jeżeli wychodzisz z założenia, że „nie odmawianie sobie” to droga do szczęścia, to bądź świadoma przynajmniej, że to „nie odmawianie sobie” jest częścią większej manipulacji.

Duże ilości niezdrowych, acz bardzo smacznych rzeczy – są z reguły najtańsze. Każdego stać na szybkie żarcie, które po prostu uzależnia. Przyszła wiosna, więc zaraz się wyda. I tabletki na odchudzanie, lub LEPIEJ – na ograniczanie przyswajania węglowodanów, nic w tym zakresie nie zmienią. Na Twoim pasieniu, ktoś inny się pasie.

Świadomy post jest genialny dlatego, że kompensuje wydzielanie insuliny (która odpowiedzialna jest za magazynowanie) poprzez aktywność glukagonu (który po prostu spala). NIE MA magicznego przycisku w ciele, który wprowadza Cię w stan tycia po tym jak kilkanaście godzin nie jesz. NIE MÓWIĘ*, że wszyscy inni są głupi i się mylą (*choć tak czasem myślę) – mówię, że na mnie to działa, jest medycznie sprawdzone, bezpieczne i najprostsze na świecie.

Nie muszę kupować środków i specyfików, nie muszę liczyć, mierzyć, ważyć, ani szukać. Ile innych diet Ci coś takiego oferuje?

Po prostu nie jem przez 24h dwa razy w tygodniu.

Jeżeli masz problem ze zrozumieniem, radzę udać się do specjalisty.

Czym sobie głowę zajmuję by nie myśleć o jedzeniu? Zachowuję się jak zwyczajna kura.

- piję wodę – zwykłą, przefiltrowaną
- pracuję nad pracą dyplomową
- sprzątam
- żuję Orbit
- czytam
- idę na zakupy
- gapię się na tablicę, na której notuję swoje postępy w poście
- trenuję!

Czas: 35 minut

Ćwiczenia:
1. Swing oburącz:
A) 5-10-15-20
B) 20-15-10-5

CZTERY SERIE A+B

Obciążenie: 4 ciężary

Twoja rozpiska:
Zielona: 8kg, 12kg, 16kg, 20kg
Pomarańczowa: 12kg, 16kg, 20kg, 24kg
Czerwona: 16kg, 20kg, 24kg, 28kg


Czas: 35 minut

Ćwiczenia:
1. Swing oburącz
A) 5-10-15-20
B) 20-15-10-5

CZTERY SERIE A+B

Twoja rozpiska:
Zielona: 8kg lub 12kg
Pomarańczowa: 12kg lub 16kg
Czerwona: 16kg lub 20kg

O diecie, która dietą nie jest.

Standardowy

Właściwie to od zawsze istniałam jako pulchne jagnię o dużych ufnych oczach. Potem, z powodu dwóch przepuklin na kręgosłupie uniemożliwiających mi często chodzenie, kazano mi machać żelastwem. And the magic happened.

(tu był bardzo długi wstęp, który postanowiłam wykasować, gdyż historia poszukiwania diety bez diety, choć obfitowała w zabawne eventy, była długa i bez sensu)

Dieta bez diety nie jest sama w sobie idealna.
Ale jest idealna dla mnie.

Znalazłam system żywienia, który pozwala Ci jeść jak normalny człowiek, jest prosty, nie zajmuje czasu i energii, a przede wszystkim daje powolne lecz trudnoodwracalne efekty. I nie mówię tu o piciu 12 piw dziennie.

By jednak zrozumieć, czemu nie jest to moda i przekręt, trzeba zapomnieć o kilku wpajanych nam przez media mitach – a to może być trudne, bo kłamstwo często powtarzane – nie staje się prawdą, ale jest ciężkie do obalenia.

MITY:
1. Jedzenie kilku małych posiłków dziennie jest zdrowsze, niż jednego dużego.
2. Jeżeli cały dzień nie jesz, to wieczorne kalorie od razu zmagazynują się w tkankę tłuszczową.
3. Z głodu boli głowa, stajesz się podenerwowana, głupsza i brzydsza, a Twoje reakcje są spowolnione.

Zapewne jest ich więcej, ale te uważam za najbardziej szkodliwe. Za zupełnie inną kategorię zła zaś uważam wpychanie mi do łba od dzieciństwa, że TRZEBA JEŚĆ, i pokazywanie zdjęć anorektyczek jako symbolu zła i głupoty.

Nie, nie zostałam anorektyczką.

Wybrałam jednak coś, co nazywam „świadomym postem”, a co w odróżnieniu od „głodówki”, jest spowodowane kalkulacją a nie przymusem. Matematyki bowiem nie oszukasz. Jeżeli wciągam dwie babeczki, gofra i pucharek lodów to limit kalorii właśnie mówi stop – a gdzie obiad? Kolacja? Sama pizza to już jest STOP, a nie zauważyłam, by ktoś nie zamówił pepsi do tego i pominął wszystkie inne posiłki tego dnia.

Niestety mam tak od zawsze, że jak jem – to jem. Chłonę sobie radośnie. A jak pracuję (fizycznie lub psychicznie), to nie mam czasu na żarcie. Dlatego świadomy post działa dla mnie świetnie.

Od zawsze też, bałam się niejedzenia. Miałam częste migreny i ogólne bóle głowy zawsze wiązane z „przecież nic nie jadłam, to dlatego”. Mdliło mnie, ale wpychałam w siebie obiad. Jeżeli więc „mądra głowa nie boli”, to albo musiałam levelować, albo.. ograniczenie cukru jednak działa na łeb.

Jeżeli więc lubisz jeść ale nie stać w kuchni, masz długie przerwy gdy nie jesz, chcesz trenować i widzieć efekty szybciej, system świadomego postu jest dla Ciebie. A co najlepsze, miesiąc = utrata 2% ciała, jedząc dalej jak lubisz. Zasady są proste:

1. Nie jesz 24h – i możesz zacząć aktywny post po obiedzie o 16:00, co oznacza, że kolejny Twój posiłek, będzie znowu obiadem! (dla mnie taka opcja jest idealna, jako że trenuję wieczorem i uwielbiam obfite obiady. Możesz oczywiście ustalić sobie to dowolnie)

2. Nie pościsz pod rząd, co oznacza, że jesz codziennie.

3. Nic nie idzie w boczki przez niejedzenie! Po 16 godzinach od ostatniego posiłku Twoje ciało zaczyna SPALAĆ to co nagromadziło – i przy treningach z ciężarami, NIE SĄ TO MIĘŚNIE. Jeżeli więc „wtopisz” i zjesz po 18h postu – nic straconego. LICZY SIĘ. Efekty 24h są po prostu większe.

4. NIE UMIERASZ po 24h niejedzenia. Uwierz mi. Wciąż zyję.

5. NIE WPIERDALASZ po 24h niejedzenia. Najgorsza jest w sumie 20sta godzina – wtedy głód atakuje najbardziej. Jeżeli przetrwasz, naprawdę nie rzucasz się na żarcie. Nie masz potrzeby nadrabiania, ta czekolada nie jest jedzona w poczuciu winy.

6. TY ustalasz, czy aktywujesz post w poniedziałek, wtorek, czy sobotę – nie ma potrzeby regularności dni. Jeżeli wypada kolacja ze znajomymi – przekładasz post.

7. MUSISZ TRENOWAĆ z ciężarami min.2 razy w tygodniu. NIE MA spadku siły i możliwości, jeżeli dopasujesz sobie intensywność z postem. Mając wycisk we wtorki i czwartki, poszczę w poniedziałki i środy.

8. Najłatwiej pościć dwa razy w tygodniu. Jeżeli jednak wypadnie ci raz w danym tygodniu – nie pokutuj na klęczkach.

9. Często uczucie pragnienia jest mylone z głodem – dlatego zaskoczysz się, jak za każdym razem podczas aktywnego postu, zamiast po żarcie, sięgniesz po szklankę wody. Jeszcze nie przydarzyło mi się porzyganie od przepicia. Wodą.

10. Gumy Orbit naprawdę ułatwiają aktywny post. Szczególnie te truskawkowe, wiśniowe, jabłkowe.. you get the point.

Ok, mogłabym więcej argumentów wymienić, ale postawmy sprawę jasno – jak nie spróbujesz sama, to nie uwierzysz, że to możliwe i w sumie nie trudne.

Więc spróbuj, chociażby w ramach testu.

Jeżeli nie wypali z nie Twojej winy, będziesz mogła szukać dalej. Ewentualnie się pokochać. Dieta bez diety, to mój wybór.

Jestem w ciąży. Szkoda że z obiadem.

Standardowy

Rozpisywałam się nie raz na temat węża, który zamienia mój mózg w papkę, za każdym razem gdy widzę bardzo puste kalorie. Przez węża tak w ogóle, nie wierzę, że mogłabym utrzymać coś choćby podobnego do diety. Sama taka myśl, a co dopiero decyzja, jest alergiczna. A jak węża coś swędzi – to idzie atakować słodycze.

Stąd wszelkie zarzuty dotyczące mojej puchowatości rozważam na poziomie zainteresowanej sowy („hu hu – hu”) i odżegnuję się od chęci figury per kawałek rzemienia. Lubię swoją warstwę ochronną.

Jest tylko jedno ALE.

Ludzie przywiązują większą wagę do tego co widzą, niż do tego co się mówi. Ciężko więc reklamować hasło „trenuj z kettlebell a schudniesz”, upychając fałdkę w spodnie. Podobnież wiarygodna jest chuda kozica, której kopytka się nie stykają w żadnym miejscu prócz kolan.

Straszne w zawodzie instruktora jest to, że po prostu MUSISZ dobrze wyglądać. Możesz nie mieć rozległej wiedzy motorycznej, możesz mylić dwugłowy z czworogłowym i na poczekaniu wymyślać ćwiczenia które nie mają sensu (pozdro dla „stepu z kettlebell”). Jeżeli dobrze wyglądasz – dostajesz pieniądze. Nie – lepiej poszukaj pracy na uczelni/Tesco/plantacji winogron.

Pozbawiona złudzeń, iż można coś jeść by chudnąć – przeszukałam internet wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu systemu, który wąż by zaakceptował, a który przynosił by efekty. Jako cyniczna racjonalistka nie nastawiałam się na cuda, choć muszę przyznać, iż kusiła mnie teoria „kradzione nie tuczy”.

Znalazłam system, który działa na mnie i w ogóle.

Testuję go od ponad miesiąca i tylko raz zaliczyłam przysłowiowy kryzys i jedną wywrotkę (zło w postaci babeczek z Lidla). Dla osoby która jest otyła, system ten przyniesie widoczniejsze zmiany, niż dla osoby która przeszła z poziomu tkanki tłuszczowej 24% na 17% (TAK, TO JA!) i się tam ewidentnie zatrzymała. I co ważne – jest to ZDROWY system, który w dodatku WYMAGA by trenować siłowo..

I ostatnia z zalet – nie wymaga myślenia.

Czego nie można powiedzieć o wielu dietach zakładających planowanie i mierzenie posiłków z użyciem elektronicznej wagi. Nie. Nic z tych rzeczy. Żadnych tabelek, małych druczków, latania po ekofarmach i chomiczej dowolności w wyborze pomiędzy sałatą a nasionkami. Wszystko dozwolone, tyle że zgodnie z logiką.

Co jeszcze mogę powiedzieć o tym wspaniałym systemie?

Miałam duże obiekcje. Pukałam się w głowę (ale nie kettlem). Do pierwszego testu podchodziłam jak do taniego fryzjera – z podejrzliwością, nieśmiałością i niezdecydowaniem acz ze szczerą nadzieją, iż może tym razem się uda. Ale musiałam znaleźć coś, co odpowiedziało by na masę pytań dotyczących efektów moich ćwiczeń. Okazuje się bowiem, iż większość kobiet w swój „dzień treningowy” wpierdala ponad miarę zgodnie z teorią „dzisiaj mogę, bo dzisiaj trening”. A potem CZEKA NA EFEKTY… Cute, but wrong.

No. Jeżeli więc podsyciłam Twoje zainteresowanie magicznym systemem, który nie jest dietą a działa jak dieta, jest REALNY w utrzymaniu, służy treningom siłowym i ogólnie same „za”, to.. do zobaczenia w następnej notce!

A na zgrzytające zęby polecam: Mordercze Brzuszki cz.II

Czas: 8 minut

Ćwiczenia:
1. Brzuszki eLki
2. Rosyjskie brzuszki
3. Skosy w podporze

Twoja rozpiska:

Zielona: 16 powtórzeń każdych brzuszków, przerwa dopiero po wszystkich trzech – 2 rundy.

Pomarańczowa: 20 powtórzeń każdych brzuszków, przerwa dopiero po wszystkich trzech – 2 lub 3 rundy. Obciążenie do ćwiczeń – 8kg

Czerwona: 20 powtórzeń każdych brzuszków, przerwa dopiero po wszystkich trzech – 4 rundy. Obciążenie do ćwiczeń – 12kg

Enjoy!