Ty, hormony, cycki i Twój okres.

Standardowy

Facet ma w sporcie łatwiej. Możemy się sprzeczać, ale na czas tej notki – po prostu tak załóżmy. Ile by kobieta nie trenowała, zawsze znajdzie się koleś, który zrobi jej życiowy rekord bez zbędnego wysiłku. I o ile frustrujące to może być, z faktami i Wołoszańskim człowiek się nie powinien kłócić.

Jestem takiej bezczelnej i namiętnie subiektywnej opinii, że kobieta-trener jest lepsza na poziomie podstawowym i średnio-zaawansowanym dla całej rzeszy kur. Po prostu. Mężczyźni-trenerzy, mówiąc prostacko, „nie wiedzą jak to jest”. Zapewne do tresowania tych naprawdę otyłych i leniwych są lepsi – bo mogą wrzasnąć tak, że włoski dęba stają, ale do mnie jeszcze taka kura nie trafiła (w sensie i bardzo otyła i leniwa) i tak tylko dywaguję.

Zanim wszyscy znajomi trenerzy strzelą focha i wyrzucą mnie z FB, powiem tak:
Hormony, cycki, okres.

1. Hormony.
Tabletki hormonalne dla kobiet wymyślił facet – bo żadna baba nie wpadła by na to, że lepiej strzelać do kamizelki kuloodpornej niż rozładować broń. I niestety większość kobiet żyje na tabletkach. Owszem, są plastry, spirale i inne dziwne* *dla Ciebie obrzydliwe wynalazki. A tabletki, proszę szanownej publiczności, to taka ingerencja w ciało, że bliżej TU do sterydów, niż do wszystkich supli jakie pomniejsze koksy w siebie ładują. Ale kura o tym nie wie. Owszem, wie, że jak odstawi to zacznie tyć na potęgę**, zrobi się kluchowata***, a wahania nastrojów w pierwszej połowie roku zabiją ją albo kogoś z otoczenia****. Fakt jest jednak taki, że nie umiesz powiedzieć jak i które tabletki hormonalne wpływają na Twoją klientkę, oraz kiedy problem leży w treningu a kiedy w niekompetencji jej lekarza.
**mit, ***częściowy mit, ****smutna prawda

2. Okres.
Jaka jest różnica pomiędzy kobietą która ma okres a terrorystą? Z terrorystą można negocjować. Jeżeli jesteś mężczyzną i buntujesz się przeciwko zwalaniu wszystkiego na „jestem przed okresem” oraz „mam okres”, to PRZESTAŃ. Żyjąc na tabletkach, jest jakaś szansa, że jest to pod kontrolą. Jednak klientka bez tabletek może naprawdę szaleć na zajęciach – od skrajności do skrajności. Bowiem jej ciało szaleje czasem na równi z mózgiem – albo nie jest w stanie się ruszać, albo „jakoś to będzie”. Tych „nie czuję różnicy” jest zdecydowanie najmniej. Czy są ćwiczenia których nie powinna robić? Nie spotkałam takich. Są jedynie ćwiczenia, które BĘDZIE W STANIE zrobić, oraz te NI_CHUCHU. Faktem jest, że wiele z aktywności ruchowych odpręża – i pomimo iż kobiecie wydaje się, że najlepiej będzie w „te dni” leżeć z chipsami przed TV, dobrany trening może zwalczyć uczucie ważenia tony kamieni skuteczniej. Intensywność jednak jest sprawą personalną.

3. Cycki!
Cycki to świetna rzecz. Jak są małe, to nie przeszkadzają – ale są małe. Jak są duże – to zgadnij co. Świat kręci się wokół idealnych cycków i dlatego kobiety mają czasem na tym punkcie palmę. Klata jak szczurze czoło jest takim kompleksem, że kobieta podświadomie zachowuje się bardziej męsko od niejednego faceta. Wojownicza, agresywna, uparta. Z kolei ta która ma nadmiar tkanki tłuszczowej w rozpatrywanej części ciała, lubi tłumaczyć tym wszystko. Wszystko co jej nie wychodzi. Kiedy więc klientka ma cycki, które nie odbiją się na jej psyche? NIE DASZ RADY POWIEDZIEĆ. TWOJA OPINIA NIKOGO NIE INTERESUJE. Baba wie lepiej. Właścicielka może być zarówno zadowolona każdym rozmiarem jak i rozczarowana. Ciekawym zjawiskiem są natomiast implanty. Dużo mówią o posiadaczce, ale nie, nie możesz ich pomacać bez jej zgody. I lepiej nie pytaj, czy są sztuczne.


To powyżej to Lisa. Zaczynając swoją karierę na pseudo_porno_stronie_fitness była naturalnie niepiersiasta. Potem wymagania rynku zrobiły swoje. Ostatnio zaś pozbyła się cycków i sztucznych włosów, by zostawić sobie tylko warrry. Każda kobieta ma jakieś kompleksy.

Żeby pomóc ci w Twoich – zapraszam na trening.


Czas: do 10 minut na serię

Ćwiczenia:
1. Kolana wysoko 30 + 20
2. NobodyLikesBurpees 10 + 10
3. Z rąk na łokcie 10 + 10, deseczka pomiędzy na 10sekund
4. Wstające brzuszki 10 + 10
5. Kostki do uszu 10 + 10

Twoja rozpiska:
Jeżeli nie masz drążka – TO SOBIE KUP. Jeżeli nie dajesz rady podciągnąć tyłka – unoś nogi tak wysoko jak potrafisz. Im mniejszy zamach robisz – tym brzuch bardziej pracuje.
Dobra – ewentualnie rób brzuszki baletowe. Ale 20 + 10.

PAMIĘTAJ O ODDYCHANIU.

Zielona: Dwie serie! Burpees możesz zrobić 5 + 5, a zamiast drążka – brzuszki baletowe.
Pomarańczowa: Trzy serie. GO NOW!
Czerwona: Cztery serie. Zmieścisz się w godzinę spokojnie.

Enjoy!

Każda kobieta może być świetna w łóżku.

Standardowy

Niezależnie od wieku, wymiarów i przekonań. Każda kobieta może nauczyć się, jak spać po mistrzowsku. I zanim się żachniesz, że przecież tego uczyć się nie trzeba – pohamuj raciczki.

Wiele z kobiet nie śpi prawidłowo. Studia, clubbing, dzieci, dom, praca – you name it. Są wymęczone przed położeniem się do łóżka, są wymęczone po wstaniu. Zawsze potrafią wytłumaczyć przed sobą, czemu rezygnacja ze snu jest ok. Zawsze obiecują sobie, że jeszcze zdążą się wyspać.

I prawdopodobnie nie wiedzą, że brak snu podnosi we krwi stężenie cząsteczek odpowiedzialnych za podnoszenie poziomu apetytu.

Większość zestresowanych pań urzędniczek podgryzających właśnie pączusia do kawusi* powinna sobie przeliczyć średnią liczbę godzin PRAWDZIWEGO snu. Szczególnie, jeżeli rano usprawiedliwione „zdrowotnym aspektem porządnego śniadania” wchłaniają porcję dla górnika pracującego na 3 etaty. *to akurat o mnie i tak, jest to babeczka z Lidla SamoZło.

Zawsze fascynowało mnie, jak można spać po 4-5 godzin na dobę. Owszem, cenię sobie swoje życie ale trochę żal mi by było moich walk z hitlerowskim okupantem w świecie alternatywnym, polowań na smoki, zabójstw na zlecenia, pilotowania statków kosmicznych czy bycia gwiazdą rocka. Wiem ile godzin snu jest dla mnie idealne, bym nie pchała się do lodówki zbyt często. I bym nie musiała nakładać szpachlą tapety pod oczy, w obawie że mnie jakiś fan Walking Dead na ulicy ustrzeli.

I może dlatego, że dla mnie sen to minimum 8 godzin – nigdy nie miałam większych problemów z tzw. oponką. Natomiast moja zarywająca wszystkie nocki matula – owszem. I od kiedy nakazałam jej poświęcać więcej czasu na sen – nie uwierzycie – schudła. Przekonało ją to bardziej, niż cytowane przeze mnie badania nad kortyzolem i „opuchlizną brzuszną”.

Powiedzmy sobie szczerze – lejesz na to i polewasz, jacy naukowcy co tam wymyślili. Liczą się efekty, a najlepiej – Twoje efekty. Jeżeli więc mogłabyś zejść z obwodu własnej planety i zmniejszyć satelity w formie spodni TYLKO ZA POMOCĄ 2 GODZIN WIĘCEJ SNU, to chyba się opłaca, co?

Nie mówię, że działa zawsze i w 100%. Wiem, że nie jest to łatwe. Wiem, że trzeba być niedzieciatym studentem resocjalizacji o nazwisku najlepiej Kulczyk, by móc sobie zarządzić jebiemnietoizm w postaci „od dzisiaj śpię więcej”. Jednak nie spróbowanie i mówienie „na mnie to nie podziała” – jest Twoim wyborem. Podobnież jak kupowanie odchudzającej kawy. (Seriously, WTF?)

Nie ma jednak lepszego „podkładu” pod sen niż zmęczenie FIZYCZNE. Jest milion treningów, które możesz zrobić na trzy godziny przez ogólnie pojętym rozbiorem – czyli zajęciem łazienki na kolejną godzinę przed pójściem do łóżka. Czemu trzy? Bo najczęściej kop adrenaliny pobudzi Cię, zamiast uśpić.

Natomiast najgorsze co może rozwalić Ci sen, to zmęczenie psychiczne. Możesz łatwo pomylić je z fizycznym, jeżeli miałaś ciężki dzień w pracy. Masz wrażenie, że ciało jest ciężkie i ospałe, plecy/kark/nogi bolą, zniechęcenie przytłacza i kanapa wygląda jak Bastion Przeciwko Złu. Wtedy właśnie najbardziej powinnaś poćwiczyć. I nie mówię tu o próbach pokonania życiowych rekordów. Jak dla mnie – możesz iść sobie nawet pobiegać. Dziwny to sposób, wręcz wyglądający odrażająco, ale..

Jak bardzo by Ci się nie chciało – zaufaj mi, poćwicz.

Jeżeli zaś jest na odwrót – jesteś zbyt zmęczona by zasnąć, milion myśli rozsadza Ci głowę i jakiś głos nie chce się zamknąć, wtedy możesz sięgnąć po (reklama nie sponsorowana) suplement o nazwie GABA. Jest to czysty kwas gamma-aminomasłowy, żadne sterydy czy ogłupiacze. Ogólnie wspomaga Twoją regenerację i wycisza, bez wrażenia wpadnięcia w stan śpiączki z której ciężko się wybudzić. Nie wiem jak działa – ale działa. I drogi nie jest.

Aha. I najważniejsze. Barometr jest dzisiaj neutralny, więc nie zwalaj na ciśnienie, że Ci się nie chce. Włącz Micka Jaggera. Rusz dupę. Będzie Ci lepiej, skoro już gorzej być nie może. Może Ci być również, zupełnie przypadkiem, naprawdę zajebiście.

|||||| Pytanie do publiczności: jaki trening chcielibyście zobaczyć? Jakiego Wam brakuje?

Nie zagryzaj smaku porażki.

Standardowy

Są superludzie. Może nie znasz ich wielu. Może nie chodzi o ich umiejętność wysuwania adamantium z pięści. Może chodzi o to, że umieją czytać Ci w myślach, że znikają gdzieś nagle i pojawiają jak gdyby nigdy nic, są silni miarą „wpizdu”, nie do zajechania lub po prostu mądrzy, mądrością nie z reklamy.

Chcę być Super. Nie super piękna, nie super oryginalna, nie super nadziana. Pragnienie samodoskonalenia się jest dla mnie ponad posiadanie fajnej bryki czy wypasionej chaciory. Wiąże się jednak nierozerwalnie z okazjonalnym smakiem porażki. Czasem słowo „okazjonalnie” jest eufemizmem. Jednak pragnienie wyjścia z rozlewającej się wokół masy (żeby nie powiedzieć „motłochu”*) jest silniejsze niż kolejna porażka. *Pozdro dla motłochu! Nienawidzę was.

Ilu znasz ludzi niezadowolonych z sytuacji w jakiej się znajdują?

A ilu znasz ludzi niezadowolonych z siebie?

Patrząc na ludzi o głębi duchowości na poziomie kałuży, czasem im zazdroszczę. Czasem chcę iść tą ścieżką, która wiedzie przez meandry lenistwa, komfortu czy najmniejszej linii oporu. Płynąć z prądem, lecieć z wiatrem. Potem jednak włącza się Orwell. Jeżeli więc mam być sterowana, to poproszę o dużo bardziej inteligentniejszego manipulatora niż POCOCITO.

I wracamy do tematu przewodniego – porażki.

Nie będę dywagować jak radzić sobie z porażką, bo od tego książki są i, na boga, dajmy tym ludziom zarobić. Użalać się nad sobą też nie będę, bo mleko się rozlało, wyschło, zaschło i nie ma już co siorbnąć z podłogi. Trzeba szybko zrobić plan zastępczy i żyć. A zagryzanie smaku porażki może sprawić, że nie będziesz zmotywowana wystarczająco, by następnym razem jej uniknąć.

Tak, nie zdążyłam z projektem. Tak, do końca walczyłam. Tak, zrobiłam wszystko co mogłam i było tego za mało. Tak, to bolesna porażka i śpiewanie NicSieNieStauO jest tu na miejscu. Nie wszystko wychodzi.

Nie poklepuj kogoś po plecach, bo to trzeba umiejętnie robić, by nie wywoływać agresji u poszkodowanego.

Chcesz się poddać? Nie masz siły? Nie wychodzi? Pamiętaj, że zawsze zdążysz się poddać.

Superludzie nie patrzą, że tłum nie wiwatuje.

Superludzie nie rezygnują, bo tłum nie klaszcze.

Superludzie nie stękają, że tłum nie wspiera.

To jest Twoje życie, nikt nie przeżyje go za Ciebie, i bardzo prawdopodobne, że drugiej szansy nie będzie. Do czegokolwiek zmierzasz, jakikolwiek jest Twój cel – bądź silna. Bądź Super.

Na wirażu każdy jest kibicem.

Standardowy

Ostatnie tygodnie pracy magisterskiej.

Nie zaglądam na FB, sporadycznie wystukam hasło na bloga, omijam YT, przeglądarka zapomniała co to kwejk. Nie ogarniam, a przecież nie mam dzieci ani psa*.
*mam za to cmentarz komarów i ćem, oraz wiecznie głodnego tygrysa wegetariańskiego**.
**to naprawdę dłuższa historia.

Szanowny kolega instruktor zaniepokoił się tym moim społecznym zdziczeniem i zakupił bilety na wielkie niedzielne show. Szkoda, że na żużel.

Let me explain. Urodziłam się w mieście fanatyków. Rycerzy Speedwaya. Pierwszy sport ekstremalny tego miasta, to wrzasnąć „Falubaz pany!” w sąsiednim Gorzowie, ewentualnie zaparkować w środku miasta na „obcych” blachach z „obcymi” nalepkami. I tak, to zielonogórski szalik słynny Jezus Świebodziński miał na sobie, i tak, to Fanatycy podrzucili flagę Falubazu wiwatującemu wrogowi – Stali Gorzów (zobacz tu: youtube!).

Do tej pory skutecznie mnie cała ta szopka z darciem mordy, machaniem szalikami i wyzywaniem „wroga” ominęła. Jestem zaprzeczeniem cheerleaderki. Nawet KSW oglądam na zasadzie „No jebnij mu już proszę”.

Jednak szanowny kolega zakupił miejsca siedzące i tak sprytnie zatytułował bilet, że z ciężkim sercem odkleiłam gałki oczne od monitora i myśląc nad najlepszym orynnowaniem dla mojego projektowanego obiektu, ruszyłam dupę na derby. Co tam, jak szaleć to szaleć – założyłam zieloną koszulkę***. ***nie pytaj.

Że tłumy – wiedziałam.
Że głośno – wiedziałam.
Że wali żużlem po pysku gdy drzesz się, skaczesz i klaszczesz – I TO JEST SUPER - nie wiedziałam.

Ilość przekleństw w każdej przyśpiewce nawet mnie stonowała. Ale już gdy jedna strona trybun śpiewała a druga strona trybun jej odpowiadała – to nie wytrzymałam. Mam na swoim koncie również każdorazowe machanie łapkami nad głową. Zdarzyło mi się w szale zapomnienia nawet piąstką pomłócić.

Poza tym wariaci w samolotach roooobiiiiliiii taaaaakieee rzeeeeeczyyyyy. No i oczywiście „nasi” wygrali, przez co cały ten kordon policji, saperów i psów, GROMu i nie wiadomo jakich antyterrorystów jeszcze był dzisiaj bez pracy, za to w czarnym oporządzeniu, kamizelkach taktycznych, kaskach i tarczach, przy 28 stopniach Celsjusza. Pozdrawiamy!

Z powyższym doświadczeniem życiowym stwierdzam – jeżeli ostatnio nie robiłaś czegoś po raz pierwszy – to zrób. Mogą to być kettle. Może to być żużel.

NIGDY NIE WIESZ, CO AKURAT MOŻESZ POKOCHAĆ.

Jedz, trenuj i nie bądź kluską.

Standardowy

Jest taka koncepcja zwana skinny fat, która naprawdę mnie rozkłada. Obejmuje ona wszystkie kobiety, w których umysłach gości wszędobylski pęd „wagowy”, strach przez mięśniami (które notabene bardzo dużo ważą), i gloryfikacja pewnej zniewalającej fizycznej nieporadności.

Trzymam się jednak zdania, że jak już nastąpi apokalipsa, to przecież zombie kogoś muszą jeść.

Wracając jednak do tematu – po czym poznać skinny fat bez rozbierania jej z ciuchów? Najczęściej po rękach. Tak jak wiek kobiety widoczny jest na jej dłoniach, to etap skinny fat widoczny jest na miętkich* ramionach. *poziom niżej niż miękkie. Co zadziwiające, jak jeden mąż (i żona) robią przeciągłe „błeee” na widok rąk silnych, ale grubych. A już w ogóle drgawki obrzydzenia biorą je, gdy taka „morświnia łapa” znajdzie się w górze i jej tam dynda.

Jak kiedyś usłyszę od kobiety „Angela, chcę mieć większe bicepsy”, to otworzę szampana i zacznę tańczyć makarenę. Więc się nie zdziwcie.

Kobiety NIE CHCĄ mieć lepszych rąk – chcą ŁADNIEJSZE.

Nijak jednak nie potrafią zauważyć, że modelki high-fashion (to te, które nie jedzą i nie ćwiczą), kiedy stoją z rękami wzdłuż tułowia, wyglądają nieziemsko – w sensie, jak duża, ogolona małpa z kosmosu. Przy bardzo chudych ramionach dłonie potrafią być monstrualnie nonsensowne. Nie wspominając już, że ciężko jest wtedy bat utrzymać na tych wszystkich niewolników, co noszą za cesarzową wszelakie siatki, torebki i osprzęt kosmetyczny.

Jaki by Twój problem z własnymi rękoma nie był – odpowiedź „buduj mięśnie” jest zawsze dobra. Żadny aerobik, tańce (chyba że na rurze), czy bieganie nie dadzą ci smukłych ramion, które ciężko będzie uszczypnąć. Potrzebne Ci jest obciążenie – własne ciało, lub coś powyżej 7kg.

Jeżeli nie podoba Ci się co ja zrobiłam ze swoimi – nie ćwicz odważnikami 12kg. To takie proste.

Jeżeli podoba Ci się – ale boisz się docinków facetów – zrozum, tylko słabe pizdusie martwią się, że będziesz silniejsza od nich! Prawdziwi mężczyźni będą Cię rozbierali wzrokiem – co jeszcze masz takie napięte.


Czas: do 15 minut

Ćwiczenia:
1. Combo: SWING, SWING, jeszcze raz SWING!
2. HIGHPULL / pompki na jednej ręce
3. MILITARY PRESS
4. Wiosełko bokiem
5. Trzymanie nad głową

Twoja rozpiska:

Przy HIGHPULL zwróć uwagę, by Twoje ciało spięło się gwałtownie, gdy jesteś wyprostowana. Myśl o tym ćwiczeniu jak o Swingu, w którym kettel próbuje spie.. uciec bokiem!

Przy militarnym wyciskaniu – zepnij tyłek i brzuch i postaraj się nie podskakiwać na nogach.

Przy wiosłowaniu zostaw bark w spokoju – prowadź łokieć blisko ciała, najwyżej jak potrafisz – nie podnosząc barku. Nie spiesz się z drogą w dół – opuszczaj kettelka z oddechem pod ciśnieniem.

Jeżeli nie dajesz rady utrzymać ciężaru w górze na WYPROSTOWANYM łokciu, zmniejsz czas ćwiczenia.

Zielona: 0-8kg rozpiska z filmu – 2 rundy (czyli jak skończysz – robisz jeszcze raz).
Pomarańczowa: 8-12kg rozpiska z filmu – z tym, że każde ćwiczenie powtarzasz po sobie min.2 razy. 1 runda.
Czerwona: 12-16kg rozpiska z filmu – z tym, że każde ćwiczenie powtarzasz po sobie min.3 razy. 1 runda.

Enjoy!

Pierwszy StrongFirst w Polsce.

Standardowy

Pamiętam ten dzień, w którym Pavel Tsatsouline opublikował swoje sławetne „I’m out.”, odchodząc od DragonDoor i rozwalając RKC w pył z półobrotu. Pamiętam, bo cały dzień pizgałam ze śmiechu z Dawida, który właśnie ukończył swój oooooogrooooomny tatuaż z logo RKC na swoich oooooogrooooomnych plecach. But that’s just me, I’m evil.

Kto miał zostać w restauracji bez głównego kucharza, ten został. Fakt jest taki, że 34 z 36 Masterów (najwyższy stopień instruktorski) z całego świata odeszło w ciemno za Pavlem. Honor, Loyalty, Respect. Pieniądze to nie wszystko.

Powstał StrongFirst, głównie z uwagi na to, że większość ludzi nie potrafi wymówić słowa „strenght” poprawnie. Taki nowoczesny Zakon Siły, przeciwstawiający się fizycznej degradacji społeczeństwa.

To zajmowało mą niezbyt małą główkę przez ostatni miesiąc, a wyłączyło mnie kompletnie ze świata na ostatnie 3 dni. To kamień milowy, a nie kolejny certyfikat. Jeżeli ktoś myślał, że nowe kursy instruktorskie to bardzo drogi, stary materiał ze świeżymi ploteczkami, to dał poważnie.. ciała. Ja zaufałam i zapłaciłam (1350 dolców ze zniżką – do the math).

Trzy lata temu nie umiałam sobie wyobrazić, co w życiu trenera może być fajnego. No, może z wyjątkiem instruktorów sztuk walki, którym się płaci za to, że można sobie dać po pysku. That can be fun. Jednak jakieś odważniki? Poważnie? Starać się by masa tłustego, rozleniwionego dupska chciała przyjść się popocić i zapłacić za to kulawy pieniądz? By im wmawiać, że są świetni i utalentowani, wyjątkowi i zdolni, tylko szkoda że im się nie chce? Nie nadaję się do dyplomacji, mam ograniczenia umysłowe. Albo zapierdalasz by na starość (czyli wręcz późną 50tkę) nie musieć stękać i przelewać się przez fotel kinowy, albo masz wiele opowieści na temat niekompetencji lekarzy i obrazowych opisów swoich dolegliwości.

Utożsamiałam siłę z wielkimi bicepsami – NIC nie wiedziałam o sile.

Po dwóch latach intensywnego treningu wciąż na nowo zaskakuje mnie, jakie to fenomenalne uczucie – bo siła to nie tylko sprawność – to morze możliwości.

Kiedy więc Peter Lakatos (szef wyszkolenia na Europę) określił StrongFirst jako biznes zajmujący się zmienianiem ludzkiego życia, chciałam zgłosić się na „dziewczynę z okładki”. Bo NIE JESTEM INSTRUKTORKĄ FITNESS. Jestem w biznesie, który naprawdę zmienia życie i mówię to kompletnie poważnie.

To co działo się na kursie instruktorskim zapewne opisze któryś z instruktorów, jak tylko głowa mu/jej ostygnie. Podsumowując krótko – były to dobrze wydane pieniądze. Nie na spotkanie z fantastycznymi ludźmi, nie na super workouty* *za to nie musiałam płacić. Zapłaciłam za praktyczną wiedzę, która nie należy do poprzedniej epoki, nie jest pobieżna czy powierzchowna. Cały system jaki daje StrongFirst jest KOMPLETNY – wiem jak pracować z różnymi ludźmi by mieli efekty, których szukają. Wiem jak układać treningi, by nie były bezsensowną liczbą powtórzeń. Wiem jak robić progresje w różnych ruchach, zwiększając możliwości a nie tylko siłę. Nie dostałam ograniczającego szablonu. Dostałam ocean sprawdzonych rozwiązań.

I NIE JESTEM SAMA.

Siatka instruktorów zaczyna tworzyć się w Polsce, oferując dostęp do szerokiej bazy danych, innych doświadczeń, przypadków i wiedzy. Są instruktorzy z różnych dziedzin sportu, nie tylko z różnych miast. Nie jesteśmy konkurencją. Jesteśmy rodziną.