Spartan Race Beast po babsku i po polsku.

Standardowy

Wyjazd na Słowację nie rozpoczął się szczęśliwie. Dwie dziewczyny się pochorowały, gps z tyloma kociakami na pokładzie nie mógł się zdecydować gdzie nas wywieźć, ponadto zaatakowała nas krowa. Po drodze jeszcze policja zrobiła nam test zajebistości (zajebistości, trzeźwości, whateva) i wszystkie zaniosłyśmy podziękowania do Świętego Spartana, że nie zmierzyli nam prędkości.

Z różnych też dziwnych przyczyn musiałyśmy wstać o 5tej rano i zjeść śniadanie na ławce w parku.

Adrenalina podskoczyła już na miejscu. Oddech czasami zapominał wyrywać się z piersi. Mnóstwo ludzi, krzątanina, widoczne w oddali przeszkody z gatunku „nochyba*żartujesz” *cenzura. Pogoda była jednak idealna, więc ostatnia forma protestu upadła jakoś tak sama z siebie. Musiałam biec.

Kiedy po 4,5 godziny było po wszystkim, zapytałam siebie czy chciałabym to powtórzyć.

CHCIAŁAM.

Relacja z naszych przygotowań oraz z poszczególnych przeszkód będzie w następnej notce. Ta notka będzie wyłącznie subiektywnym wyznaniem niebiegającej kury, która szybciej by ślimaka żywcem zjadła, niż pomyślała „Hej, pobiegnijmy w Spartan Race, będzie zajebiście!”. Trzeba jednak mieć w swoim życiu kogoś szalonego, kto nie pozwoli Ci zmarnować upływającego czasu na siedzeniu na dupie. Ja mam. Całą bandę, z kapitanem Magdą na czele.

Jeżeli jesteś dość leniwa, nie lubisz się niepotrzebnie męczyć, jeździć w nieznane też nie lubisz, a ostatnie co Cię podnieca to spontaniczny wypad z tłumem ludzi do obce kraje – witaj w klubie!

Kiedy ryknęliśmy sobie AaaaUuuuu! na starcie, tak naprawdę nie wiedziałam czego się spodziewać. Z szybkich wskazówek udzielonych przez nowo poznanego kolegę z Polski (ratownicy medyczni są hardcore!) wyszło, że lepiej nie biec pod górkę, pić kiedy możesz i przestać się stresować. Brzmiało logicznie aż do pierwszej przeszkody, która wcale jako przeszkoda na liście nie figurowała. Był to bieg w strumieniu.

Jak prawdziwe dziewicze łanie, skakałyśmy z kamyczka na kamyczek, by po 200 metrach.. musieć zanurzyć się do połowy ud. Okazjonalne kamikadze lecące na łeb i szyję tak skutecznie mnie ochlapało, że pierwsze pokonane z taką gracją metry wydały się czystą złośliwością.

Jak zobaczyłyśmy ile osób robi karne Burpiee już po strumieniu, to ostro zwątpiłyśmy* choć moja mokra mniej szlachetna część pleców z radością zauważyła kamikadze na glebie. Żadna z nas nie trenowała podwieszania się na drabinkach, a tam było z 5 metrów do „przewiśnięcia”. O dziwo poszło błyskiem – widocznie wrodzona zajebistość była tu nieodzowna.

Duża ściana, która pojawiła się następna, również sprawiła, że zwątpiłyśmy w siebie. Nawet nie próbowałyśmy techniki na glonojada, tylko od razu oderzałyśmy w bajerę do dwóch przystojnych Słowaków. Dygresja: jeżeli szukasz sprawnego, silnego i dobrze wyglądające męża – jedź na Spartan Race. Poważnie. Jest w czym wybierać.

Na samym początku już można było zobaczyć kto jest tam dla fun’u, kto dla wyniku, a kto dla udowodnienia sobie, że potrafi. Ludzie w większości byli po prostu niesamowici – pomagali sobie bezinteresownie, dopingowali, żartowali. Taki Race to ja mogę robić codz.. no nie popadajmy w skrajność. „Co roku” będzie brzmiało prawdziwie.

Oczywiście Szalona Magda już przygotowuje się do kolejnego Spartan Race. Jest w końcu – szalona.

Kolejne ściany nie były już wymagające, służyły raczej za miły przerywnik od biegania. No. A propo biegania. Pragnę zdementować jakiekolwiek plotki, że to było 22 km do przebiegnięcia. Myślę, że tak przy dobrym wietrze, przebiegłyśmy MOŻE 1/2 dystansu. I to w takim naprawdę mało stresującym tempie, zaliczając wszystkie płaskie odcinki, których doprawdy nie było za wiele. Oczywiście byli ludzie, którzy więcej biegli – nikt nie zabraniał tańca ze śmiercią po ostrych kamieniach na stoku – wręcz doping był, by próbować się zabić, umrzeć efektownie i zostawić po sobie piękne, młode zwłoki. Just kidding. I tak nie rozumiem po słowacku.

Największym rozczarowaniem okazała się opona. Najwięcej zapłaciłyśmy za brak techniki przy chodzeniu po błocie. Mało brakowało by połowa z nas została już tam na zawsze, przyssana w raczej wyzywających pozach. (nie, zdjeć nie będzie. Pamiątkowych skarpetek również nie. Oddałyśmy je Błotnemu bogu.)

Większość przeszkód siłowych nie była dla nas wyzwaniem. Pod tym względem panowie mieli zdecydowanie gorzej. Najbardziej dały się we znaki strome wzgórza, na które należało się wspinać, nie rzadko tyłkiem wycelowanym w kosmos.

Przysięgam, że serce stawało w gardle, gdy słyszałeś obsuwającą się lawinę kamieni, ktoś krzyczał coś po słowacku, a ty bałeś się podnieść głowę do góry.

Całkiem zabawne były również sytuacje, w których korzeń zostawał ci w ręku. Obyło się bez ofiar śmiertelnych. Na całych i żywych czekała woda – jak się na miejscu dowiedziałyśmy – był to 15sty kilometr.

AaaaaaaUuuuu!

Szlag nas oczywiście malowniczo trafił, bo brałyśmy pod uwagę różne formy rekompensaty za podzielenie się z nami wodą, przez inne osoby biegnące.

Po tym jednak jak dowiedziałyśmy się, że jeszcze tylko 7 kilometrów – dostałyśmy skrzydeł. Pomknęłyśmy. Uśmiech, sapanko, brawura. Wszystko to zamarło przy kolejnym check-point’cie, gdzie dowiedziałyśmy się, iż zostało nam.. jeszcze tylko 7 kilometrów! Po krótkiej dyskusji, czy opłaca nam się zawrócić i zamordować STAFFów, stwierdziłyśmy, że w sumie to na piwo mamy większą ochotę, niż na gorącą krew.

Tak jak przeszkody ogólnie poszły nam gładko, tak ja osobiście prawie spękałam przed równoważnią. Wyobraźcie sobie kawał dechy położonej na sztorc, ustawionej pod kilkoma kątami, po której musisz przejść. 5 cm nad ziemią, ale CHODZI O ZASADĘ. I nie wiem co jest większe – wstyd, że spadłeś, czy ból robienia 30 Burpiee, po tym jak już mięśnie nóg grają Ci Bacha. Na szczęście nie nam było się o tym przekonać.

9 ostatnich wyzwań było już spakowanych niedaleko mety, więc nasz osobisty fotograf zdołał się wyżyć artystycznie (zdjęcia w następnej notce). Każda z nas miała specyficzną technikę przebycia wzdłuż ściany, ale na uwagę zasługuje Szalona, która dzięki długim kończynom zdołała zaprezentować styl niezwykle wymagający – per „na Spidermana”. – co uważam za sukces odniesiony dzięki moim wspaniałym lekcjom stretchingu. Nigdy nie podejrzewałam Magdy o to, że tak daleko i z taką godnością osobistą, potrafi zadrzeć nóżki.

Wspinaczka po linie zostawiła na mnie pamiątkę nie tylko pod względem duchowego przeżycia (warczenie tuż przed krowim dzwonkiem w który należało uderzyć, uważam za przejaw bogatego życia religijnego). Spadłam tak spektakularnie, że chyba potem wodę musieli dolewać. Mój podbródek, notabene, nie sprawdził się jako hamulec.

Humor odzyskałam jednak już pod drutem kolczastym, gdzie okazało się, iż słuszny wzrost ma swoją przewagę. Chociażby dla tej przeszkody warto było się pomęczyć. Zapomniał człowiek o bólu kolan, pachwin, tyłka, brzucha, pleców, barku, uda. Kto by pomyślał, że trochę czołgania się po błocie może tak uprzyjemnić cały dzień. Zaczynam porządliwie patrzeć na ogródek sąsiadki. Naprawdę.

W całym tym „biegu” ani razu nikogo nie pogryzłam po kostkach. Nie zmieniłam swojego zdania na temat biegania i nie zamierzać wciągać go do rozkładu dnia. Udowodniłam, że można trenując z kettlebell i nie biegając – dać radę w jednym z trudniejszych wyścigów, Beast Spartan Race, mieć z tego niezły ubaw oraz sycące poczucie własnych osiagnięć.

Przed ślizgawką z której spadało się efektownie do sporej kałuży, zrobiłam rachunek sumienia. Tak, jestem leniem. Tak, masowe imprezy mnie nie jarają. Tak, podobało mi się zajebiście.

Zostaw trud codziennego życia w domu. Jedź na Spartan Race. Poczuj, że żyjesz. Oddychaj pełną piersią.

Dzięki Aga, za znalezienie. Dzięki Magda, za zatarganie.

10 przemyśleń na temat “Spartan Race Beast po babsku i po polsku.

  1. ~chaje

    Uwielbiam Cię! Jesteś tak zaje***ie inna niż wszystkie fitness „guru” z neta… ajjj dzięki Tobie kupiłam kettla i zmieniłam całkowicie swoje podejscie do treningów – krócej ale na maxa intensywnie z obciążeniem zamiast bezsensownego podrygiwania godzinę i dłuzej… Z treningu na trening widzę realny progress i jaram się tym jak nigdy! Dziękuję Ci za tyle inspiracji, za Twoje genialne poczucie humoru i za to, że otworzyłaś mi oczy na wiele spraw :)

  2. ~Ratownik

    Rewelacyjna relacja :]
    Pozdrawiam gorąco i do zobaczenia znów na starcie!

    • an_ge

      Aaaaa! POZDRAWIAMY! Jeszcze raz dzięki za to, że byłeś tam ze słowem otuchy nie musiałam się hańbić ucieczką* tuż przed startem!

      *w formie dostojnego odejścia z wysoko uniesioną głową

  3. ~Danusia

    Bardzo bym chciala wziac udzial w tak zwariowanych wyczynach sportowych. Troche brak mi odwagi, nie mam tak zwariowanych kolezanek a samej to tak troche ,,nijak ” … :-((

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>