Jak zniesiesz jajko, to gdacz.

Standardowy

Domeną Polaków jest, by chwalić się swoimi porażkami, przeżywać je publicznie, obnosić się, szukać wsparcia i zrozumienia. Sukcesy trwają krótko i nikt o nich nie pamięta, za to żałoby narodowe.. hoho! Wręcz w złym tonie jest chodzić napuszonym własnymi osiągnięciami i standardem by je w sposób chwytliwy pomniejszać. Teraz więc będę gdakać.

W roku 2013 byłam dwa razy na głównej Onetu, dostałam się do kategorii „Znani blogują”, obroniłam tytuł magistra architektury, zrealizowałam projekt Iron Church i prawie mi się udało go dokończyć – a kto był, to wie ILE PRACY i pieniędzy mnie to kosztowało!, otworzyłam zajęcia Pole Dance i umiem wisieć głową w dół, przeżyłam Spartan Race Beast, poprowadziłam dwudniowe seminarium kettlebell w Gdańsku, nakręciłam kilka oscarowych odcinków, a średnia wyświetleń bloga PW to 1500 odsłon w tydzień.

Z treningowych sukcesów: zrobiłam TGU 24kg, Snatch Test w 4:02 (większym ciężarem niż moja kategoria wagowa!) wycisnęłam w Military Press 16kg na obie ręce, podciągnęłam się z 12kg. W 2014 planuję dostać się do Top Team Ladies co oznacza, iż muszę zrobić 200 snatchy 16kg w 10 minut, podciągnąć się z 18kg i zrobić Press’a 18kg (bo raczej nie schudnę). Zapowiada się pracowity rok!

Mówi się, że Polak to najgorszy z psów ogrodnika, gdyż nie tylko innemu nie da, samemu nie weźmie, ale i drugiemu obrzydzi. True story. Możesz więc teraz popowątpiewać w istotność i wagę tych moich „sukcesów” jeżeli będzie Ci lepiej od tego.

Przechodząc jednak do sedna wywodu: w tym roku bardzo dużo trenowałam*.* I nie mówię tu o ciele, choć treningi 6 dni w tygodniu to mój osobisty rekord. Niestety, nie mówię też o próbach opanowania wulgarnego, acz bardzo emocjonalnego, języka.

Trenowałam szczerą radość z sukcesów innych.

Mogę pochwalić się więc, że przychodzi mi to coraz łatwiej. Wciąż wkurza/boli/irytuje, gdy moje własne sukcesy bledną w świetle cudzej zajebistości, ale powoli coraz szybciej odbijam się od dna, na które ciągnie narodowa mentalność. To chyba naprawdę sukces. I receptę podaję poniżej:

Kiedy komuś z łatwością przychodzi to, na co Ty ciężko pracujesz – wrzaśnij sobie, poprzeklinaj, jebnij w coś. Wyrzuć z siebie frustrację i jej nie hoduj. Nie gromadź. Nie cedź słów, po prostu jedź do lasu i wykrzycz swoją złość. Są lepsze rzeczy do pielęgnowania. Z czasem zdziwisz się, że zacznie to spływać po tobie jak deszcz po kaczce. Owszem, przez chwilę będziesz mokra – ale wyschniesz szybko. Będziesz mogła dalej pracować i funkcjonować jako istota nie przywiązana do własnej nienawiści.

Jeżeli stawiasz sobie poprzeczkę wysoko, otoczenie może reagować na Ciebie z niechęcią. Twój brak umiejętności cieszenia się własnymi sukcesami, będzie irytował. Nie martw się jednak – Twoja umiejętność cieszenia się własnymi sukcesami – również. Fakt jednak, że potrafisz docenić sama siebie, widzieć postęp jaki zrobiłaś choćby nie wiem jaki tyci był, czerpać radość z własnych i cudzych dokonań – ulepi z Ciebie lepszego człowieka.

Walić „Szczęśliwego Nowego Roku”. Jeżeli więc mam czegoś Ci życzyć, to tego:
1. Przestań nienawidzić własnego ciała i katować je treningami. Ciało to wspaniała maszyna, nie możesz ciągle chodzić obolała, zmęczona lub głodna, gdyż zacznie Cię ono zawodzić. Błędne koło i kwadratura koła.
2. Zauważaj swoje postępy. Notuj, kreśl, testuj, czytaj, mierz. Jeżeli nie umiesz być obiektywna, znajdź przyjaciółkę, która będzie to robić za Ciebie i dla Ciebie.
3. Twoje życie jest głównie pod Twoją kontrolą. Ucz się to rozumieć i nad tym panować.
4. Jeżeli ktoś ma z Tobą problem – to jest jego problem. Jeżeli Ty masz ze sobą problem, to może problemem nie jest problem, a Twoje nastawienie do problemu.
5. Zawyż średnią krajową czytelnictwa w nowym roku i przeczytaj Pollyannę. Jest krótka, jest prosta, jest ważna.

Dla stałych czytelniczek (i czytelników) zdjęcie poniżej. Motywowaliście mnie bardzo, trenowałam bardzo, wyszło mi nie bardzo. A raczej nie do końca. Cel niewypełniony nie jest jednak celem straconym – czasem najlepszą nauczką może być, nauczenie się, iż pewne rzeczy wymagają więcej czasu pomimo wielu chęci i starań. To nie porażka. To drugie terminy!

Jingle (kettle)bells, jingle (kettle)bells

Standardowy

Święta wymyślono po to, by nie musieć w zaspach brnąć do roboty, mieć wytłumaczenie na lenistwo i argument za obżarstwem. Genialne. Trzeba je będzie jednak w czasie przesunąć, bo zaspy się spóźniają. Hipermarkety puszczają kolędy zaraz po 11 listopada, ale przecież to o śnieg chodzi. A śniegu nie ma. Jest za to 11 stopni powyżej zera.

Aktualnie więc badam sprawę braku śniegu i nie mogę zajmować się sprzątaniem, gotowaniem, ubieraniem choinki czy zakupami. Na wypadek gdybyś, droga Czytelniczko i Czytelniku, potrzebował pilnie wiedzieć jak takowe badanie przebiega, wyjaśniam, iż to proces zbyt skomplikowany jak na prosty język tego bloga. Poza tym, niewytrenowany w arkanach sztuki czytelnik mógłby łatwo pomylić cały proces z opierdalaningiem.

Jedyne właściwie od czego się nie migam, to pakowanie prezentów. Serio, gdyby można było uznać to za zawód, była bym urodzonym pakowaczem prezentów. Zdecydowanie przyjemność sprawia mi klejenie papieru do tasiemek, sianek, tworzywa sztucznego, kamyczków, koralików i kokardek. Nie mogę z ręką na sercu powiedzieć, że mi to wychodzi. But who cares! Każdy w rodzinie wyrozumiale traktował dziwne przedmioty użytku codziennego, zapakowane w szale pakowania, gdyż wiedzieli, iż lepiej tego tematu nie dotykać.

Wracając jednak do tematu radosnych świąt – Milordzie, pachnie mi tu treningiem! I to nie dlatego, że trzeba spalić nadmiar sernika czy makowca. Kwestię martwienia się o nadprogramowe kalorie pozostawiam wszystkim bodybuilderom. Osobom normalnie podchodzącym do sprawy tradycji opychania się wypiekami przypominam tylko, że jeden mały kawałek to ok. 270 kcal (sernik) a nawet 350 kcal (makowiec). Jeżeli wiec poniższy trening to licząc uczciwie ok.400 kcal..

Rób co chcesz, ale myśl co robisz.

Instruktorzy wszelacy traktują okres świąteczny jako big time recovery – ja również zamierzam pozwolić sobie na odpoczynek. Jeżeli trenujesz od 2-3 razy w tygodniu, rekreacyjnie w celu zbudowania lepszej sylwetki bądź też większej siły, nie masz tak naprawdę pojęcia co oznacza kondycja dobrego instruktora (dobrego w zakresie – trenującego również poza godzinami trenowania podopiecznych). Przepraszam, jeżeli teraz kogoś urażę* *like I really care, ale nawet trenując 5 razy w tygodniu dla samego siebie – nie masz pojęcia, tak jak ja nie mam pojęcia o pracy sanitariusza czy kelnerki.

Szalenie łatwo jest oczekiwać, iż instruktor będzie w lepszej formie od Ciebie (w końcu więcej ćwiczy!), że będzie lepszy i szybszy. Że jego wytrzymałość będzie nie do zarżnięcia. Że będzie ciągle świeży (praca 3h dziennie? pff), radosny (w końcu jaka odpowiedzialność na nim ciąży?) i entuzjastyczny (przecież mu płacisz!). Jeżeli więc masz takiego instruktora – wyślij mu życzenia świąteczne i kochaj jak własne złote zęby. W tym zawodzie łatwo o wypalenie.

Zanim posądzicie mnie ponownie o jakąś pizdowatą chęć popłakania i wyżalenia się publicznie – NIE PISZĘ O SOBIE. Bycie instruktorem nie płaci mi rachunków, więc nie mam presji zawodu. Nie tłumaczę swojej kondycji (lub jak niektórzy preferują – jej braku), gdyż komentarze osób nie robiących moich treningów nie są dla mnie istotne. Piszę o tym, o czym rzadko da się przeczytać, a o czym wie większość instruktorów mających kilka lat za sobą. PISZĘ O TYM, byś TY, kliencie, był tego świadomy. To zawód wymagający powołania, zacięcia i przełożenia dobra cudzego nad własne.

Każdy z początku widzi superlatywy – nie dość że będę musiał/a trenować, to jeszcze mi za to zapłacą!

Dopiero po kilku latach i niskiej pensji na którą naprawdę trzeba zasłużyć własnym ciałem i duchem, przychodzi myśl – po co mi to? Z siedzenia na kasie też da się wyżyć. Z bycia obwoźnym sprzedawcą, też da się wyżyć. Z wielu rzeczy, które nie wymagają ode mnie top formy da się wyżyć! Wiele zawodów nie wymaga od Ciebie drogich szkoleń, nie ma zagrożenia kontuzją, nie ma potrzeby startowania w mistrzostwach celem udowodnienia własnych umiejętności.

Do tego dochodzi morze cierpliwości. Ocean wręcz. Bo z każdym rokiem coraz więcej osób na treningu jest niepełnosprytnych ruchowo. I nie mówię tego po to, by szydzić radośnie. Mówię o tym, bo frustracja instruktorów wszelakich narasta. Z jednej strony presja by być zajebistym, a z drugiej treningi z klientami bez determinacji, zacięcia i woli walki. I albo coraz niższe zarobki, albo chałturzenie.

„Nie nadaję się” jest chyba największą plagą ostatnich lat.

Jeżeli coś od razu nie wychodzi tak jak powinno, jest trudne i wymaga zaangażowania, pracy nad sobą i oddania – oznacza, że „ewidentnie nie masz ku temu predyspozycji, zostaw to, siedź na dupie”. Brak silnego kręgosłupa dosłownie i w przenośni, jest przyczyną wielu schorzeń i tłustego dupska* *nawet jeżeli to chude, tłuste dupsko.

Treningi z kettlami szybko oddzielają mężczyzn od chłopców a kobiety od pizdencji. Może dlatego tak je lubię, że nawet jeżeli nie zaczynasz jako twarda osoba, to szybko kettle Cię utwardzą. Dosłownie i w przenośni. A teraz NA TRENING!


Czas: 40 minut

Ćwiczenia:
1. Swing 1h 2×5 x2
2. High Pull 2×5 x2
3. Snatch 2×5 x2
4. Drabina: Swing 1h, High Pull, Snatch x1 – do x5

Twoja rozpiska:
Wszystkie uwagi – podczas filmiku. Dla uważnych jest bonus! (nie, nie cycki).
Gwoli wyjaśnienia pewnej nieścisłości – tak, zrobiłam swój mózg w bambuko – powiedziałam że zaczynam od 12stki – podczas gdy zaczęłam od 16stki. Taki „upsik”.
Od 3 do 5 serii. Stretching na koniec!

Zielona: Zrób to z jednym ciężarem. Wszystko, oczywiście. Jeżeli masz 8kg i 12kg, to będzie lepiej.

Pomarańczowa: Weź 8kg, 12kg, 16kg. Dla panów – 16kg, 20kg, 24kg.

Czerwona: Weź 12kg, 16kg i 20kg. Dla panów – 20kg, 24kg i 28kg.

Enjoy!

You don’t have to be great to start

Standardowy

but you have to start to be great!

No. Zgodnie z tą maksymą, i dopóki jestem niepoczytalna, wrzucam pierwszy filmik z tańca na rurze. Nie będę się tłumaczyć, czemu nie zrobiłam wcześniej rozgrzewki ani stretchingu, ani czemu więcej wiję się dookoła rurki niż autentycznie na niej. Jak to się stało, że nagle zgubiłam połowę ciuchów – też sami musicie się domyśleć.

Powiem tylko tyle, że moją inspirację znajdziecie pod tym linkiem – The Landlords Recital. Tak, nie użyłam krzesła. I tak, w ostatecznej wersji filmiku wycięłam jednak scenę z przewrotem w przód. Myślę, że mogła zrobić prawdziwą furorę, jednak nie jestem jeszcze na tyle sławy przygotowana.

Najgorsze jest zawsze to, że w naszej głowie to tak fajnie wygląda. Elegancko. Ostro. A potem przeglądasz zapis kamery i smarki lecą nosem. Żaden krytyk internetowy nie bierze jednak pod uwagę, że autor może mieć duże poczucie humoru i dystans do siebie. A przy tym, szanowne grono potencjalnych odbiorców, mi naprawdę takie wicie się i machanie nóżką sprawia niesamowitą frajdę. A że na każdych zajęciach tanecznych zawsze mnie sprowadzano na ziemię z choreografią, to i mi został bunt w duszy na tyle duży, że postanowiłam zaryzykować i otworzyć własne zajęcia, na których nikt nie zabroni mi się powygłupiać ruchowo. Oczywista oczywistość, że z kettlem wygłupiać się nie należy.

Na wypadek gdyby jednak znaleźli się osobnicy nie widzący grama trudności w prawdziwym tańcu na rurze, oświadczam wszem i wobec – najgorsza znana mi harówka. Tyle mięśni mi jeszcze nigdy nie uczestniczyło w jednej pozycji. Tyle siniaków moje ciało nie widziało od czasów pierwszego paintball’a z zawodowcami. TO JEST TRUDNE. I człowiek poci się jak świnia nie przez wysiłek, a ze strachu i zdenerwowania. Oczywiście JA się nie pocę, JA MIGOCZĘ.

Owszem, kettle elegancko przygotowały mnie do wszelakich podciągnięć i przerzutów, jednak odpowiedni balans ciała jeszcze szwankuje. Po pół godzinie zajęć na rurce, moje przedramiona są spuchnięte jak po drabinie oddechów z 20kg. Każdego więc kto zacznie tu cwaniakować, odsyłam na zajęcia. Nie musisz zrobić od razu flagi – zrób przynajmniej odwrócony krucyfiks. Po tym inaczej będziesz patrzył na panie w klubach go-go, zapewniam.

Poza tym odkryłam bezdenną przepaść pomiędzy robieniem pojedynczych trick’ów na rurze, a kompozycją ich w tańcu. Dopóty widziałam jedyną przeszkodę w szalejącym błędniku, dopóty WYDAWAŁO mi się, że zestawienie tricków w układ to tylko formalność i że trzeba mieć dużo opanowanych, ładnych i trudnych figur, żeby wszystko wyglądało cacy. A te dziwne esy floresy dupencją pomiędzy? Phi, odpoczyneczek. Aktywna przerwa, wręcz.

Naiwność, o zgrozo.

Wejścia do figur i zejścia z figur, nie mówiąc już o przejściach pomiędzy figurami – to osobna tematyka. Tak więc nie tylko muszę nadgonić ze stretchingiem (tak, jestem rozciągnięta jak przejechana żaba na asfalcie i tyle samo mam entuzjazmu), balansem, trzymaniem point, okiełznaniem błędnika, siłą brzucha i dłoni, ale również z wyobraźnią przestrzenną w tańcu i figurami z poziomu rozszerzonego, thank you very much.

To trudne początki. Myślę jednak, że za rok odpalę sobie ten filmik i będę gratulować sobie ruszenia dupy, obgryzając suszone śliwki* z satysfakcją. Każdy z zawodowców kiedyś coś zaczynał, tylko internety tego nie widziały. A skoro mam Cię motywować do pokonywania własnych słabości i dążenia do coraz lepszej wersji siebie – proszę, oto filmik. Angela i rura. Część pierwsza. Epicka.

*Ususzone na kamień śliwki są moim najnowszym nałogiem. Wyglądają jak zeschnięte kozie bobki i trzeba umiejętnie obgryzać pestkę z minimalnej ilości owocu. Czuję się szczęśliwa niczym pies z kością.

Nie jedz jabłek.

Standardowy

Ogólnie, przez to iż moja rodzicielka zawsze powtarzała iż można jeść wszystko, tylko w małych ilościach – byłam spasionym dzieckiem. Literalnie jadłam wszystko. W małych ilościach konkretnej rzeczy, ale niekoniecznie w małych ilościach ogólnie. Czemu? Bo ciągle byłam głodna.

Teraz nie mam problemu z wałkami tłuszczu odciskającymi się w odzieży, a najszczęśliwsza jestem zaś wtedy, gdy obeżrę się jedną rzeczą po koniuszki uszu. Amen.

Morał z przypowieści taki: nie pierdol mi człowiecze o umiarze. Nie znam dwóch osób z takim samym spojrzeniem na konkretną wielkość „tyle to jest mało”, więc skąd brać mamy miarę?

Z pamięci wyliczę kilka osób, które „nic nie je a tyje”, przy czym „nic” obejmuje posiłki mniejsze od zaciśniętej pięści. Gryza tego, kęs tamtego, parę sztuk tu, kilka gram tam. A powiedz takim o aktywnym poście! „Jak to NIC? Nic? Naprawdę nic? Ale przecież..” Cały sekret Intermitten Fasting tkwi właśnie w tym, by organizm przeszedł od Gromadzenia do Spalania. Jeżeli więc nie traktujesz ciała jak mechanizmu i próbujesz oszukiwać („jabłko to przecież małe i dobre kalorie, nie dajmy się zwariować!”), to nie dziw się, że zegarek nie zna się na żartach. 16h bez kalorii? Organizm przestawia się na spalanie zasobów. 24h bez kalorii? Organizm zaczyna podejrzewać globalną katastrofę i zwalnia proces spalania do minimum. DLATEGO nie opłaca się przekraczać 24h postu. By się nie rozregulować. Teraz więc widzicie mój problem z bardzo rozpowszechnioną dietą 5-6 małych posiłków. Niezbyt ona wpisuje się w te 16h potrzebnych do przełączenia się organizmu w tryb spalania. Z efektami nigdy się nie kłóciłam – bowiem restrykcja kalorii zawsze ma efekty. Wkurwiało mnie tylko ciągłe myślenie o żarciu i ciągłe irytowanie Węża małym posiłkiem.

No ale. Post postem, czemu jednak masz nie jeść jabłek? Że niby co z nimi nie tak?

Jak ze wszystkim w dzisiejszych czasach, są jabłka i są Jabłka. Te pierwsze możesz znać z sadu babci lub działki sąsiada. Te drugie kupujesz w hipermarkecie.

Byłam w autentycznym szoku, gdy koleżanka uświadomiła mnie, iż jabłka z Biedronki (no co, w końcu jest blisko), to nie są jabłka tylko Jabłka. Przywiezione z innego kraju, z plantacji czy jak tam nazwać hodowlę owoców. Jeżeli więc coś jest „hodowane” na potrzeby sieci hipermarketów – to musi być pod presją. Nie mówimy o presji „chińczyk robić, bo chińczyk nie zarobić”, tylko „masz tydzień na urośnięcie i dojrzenie do wyglądu o wysokim standardzie”. Presja. Chemiczna.

Oczywiście nie masz żadnej pewności, że kupując jabłka od babuni z rynku, trafisz na ‚the real thing’. W końcu są niezłe promocje w hipermarketach, a babunia też płaci haracz w aptece. Taki jest więc problem z jabłkami, że w kategorii owoców jesiennych, Jabłka wygrywają konkurs najbardziej unurzanych w pestycydach. Dlaczego? Są indywidualnie szczepione (pochodzą od jednego drzewa), tak, że każda odmiana utrzymuje swój charakterystyczny smak. Jako takie, jabłka nie rozwijają odporność na szkodniki i muszą być kąpane „pod prysznicem” pestycydów. Im ładniejsze jabłka mają być, tym częściej są pryskane. Przemysł utrzymuje, że pozostałości prysznica są nieszkodliwe. Oczywiście. Tylko nowe badania zaczęły interesować się związkiem stężenia ilości pestycydów w ciele z chorobą Parkinsona. Co będzie dalej, czas pokaże.

Moja nowa wiedza nie zatrzymała się tylko na jabłkach. Wzięła również rozprawiła się z moim ukochanym popcornem w mikrofali. Też jest BE. Czemu? Chodzi o torebki w który jest zapakowany, te specjalne, które jak za szybko otworzysz po zrobieniu, mogą poparzyć ci mordę* *sprawdziłam. Też chodzi o chemię, która przenika do białej pyszności i której organizm nie wydala. Skumulowana w ciele, po prostu musi coś nam psuć, ewentualnie rozwijać niekochane zwierzątko.

By sobie już bardziej obrzydzić życie, wyczytałam również, że koniecznie muszę odstawić pomidory z puszki (nie jestem pewna co do koncentratów pomidorowych..?) oraz, uwaga uwaga, łososia. Tego, którego kupuję, hodowlanego, określają w literaturze fachowej jako bardzo zanieczyszczonego i ubogiego w witaminę D. Zaraza.

Jak żyć, zatem?

No przynajmniej świadomie. Nie oszukiwać się, że żarcie jest na tym samym poziomie co 40 lat temu. Zdawać sobie sprawę, że nawet owoce nie są już tymi samymi owocami, które przychodziły w paczkach z Ameryki za komuny. Życie ludzkie tanieje, życie w mieście drożeje, żarcie coraz podlejsze, fast foody coraz popularniejsze, społeczeństwo coraz głupsze. ALE! Innego życia nie będzie, więc żyjmy najlepiej jak umiemy. I trenujmy, najlepiej z Angelą.


Czas: 40 minut

Ćwiczenia:
1. Pajacyki
2. Żuraw
3. Military Press

Twoja rozpiska:

Jeżeli Pajacyki ubliżają Twojej godności osobistej, zamiast możesz wziąć skakankę.

Pierwsza runda:
Pajacyki 45s, potem 15s odpoczynku i tak trzy razy pod rząd.
Żuraw mniejszym kettlem po 5 na nogę, potem to samo większym kettlem.
Press jak wyżej.
Znowu żuraw.
Znowu press.
Znowu żuraw.
Znowu press.

W drugiej rundzie zmniejszasz czas pajacyków i liczbę żuraw/press.
W trzeciej rundzie ponownie zmniejszasz wszystko.

Zielona: Zrób to z jednym ciężarem. Wszystko, oczywiście. Przy problemach w Pressie – rób Push Press, czyli ugnij nogi i wyrzuć ciężar w górę, jednocześnie się prostując. Ewentualnie weź coś lżejszego.

Pomarańczowa: Weź 8kg i 12/16kg. Dla panów – 16kg i 24kg.

Czerwona: Weź 12kg i 20kg. Albo więcej, jeżeli jesteś mutantem. Dla panów – 20/24kg i 32kg.

Enjoy!

Dotknij stopą głowy. Swoją. Swojej.

Standardowy

No i kij w nerkę z tym rozciąganiem, jak mnie wszystko tylko boli.

Ok, powiedziałam to. Zrobiło mi się trochę lżej na tasiemcu. Nie mogę udawać, że to mi wychodzi, nie muszę udawać, że to lubię. Tracę godzinę z życia dwa razy w tygodniu tylko po to, by móc dotknąć palcami podłogi na stojąco. Notabene PO CO, jak ma się urok osobisty na poziomie kota ze Shrecka i bardzo lubi jak mężczyzna wyręcza mnie w podnoszeniu/dźwiganiu/przesuwaniu.

Patrzę z nieukrywaną zazdrością na jedną taką, której kości są z silikonu. Nie pomaga fakt, że jest śliczna i silna i ma ładniejsze nogi ode mnie. Trochę lepiej się czuję, jak mogę na nią popatrzeć z góry (ha! jest ktoś NIŻSZY ode mnie na sali!) i nakazać zrobienie stu pompek.

Yep, mam niski i podły charakter. Przynajmniej równowaga jest zachowana we wszechświecie* mówię oczywiście o mojej ogólnej zajebistości

Po tym jak dwie moje kurki wyjebały szpagaty na moich oczach – nigdy wcześniej ich nie umiejąc robić, a mając taki progres na moim stretchingu - postanowiłam, że do końca tego roku moje krocze spotka się z glebą. wiem, jestem rozkosznie obleśna W szpagacie oczywiście. Jeżeli więc zerwę sobie coś i następne miesiące będę uprawiać kettle drogą korespondencyjną, zrozumcie – tak chciał los.

Szukając pomysłu na skuteczny stretching dla bardzo leniwych osób z trudnym kręgosłupem zarówno moralnym jak i faktycznym, znalazłam jedynie bardzo mało odpowiadające mi chińsko-rosyjskie* podejście do rozciągania. *W sensie – najlepiej całym ciężarem wjebać się na rozciąganą osobę i słuchać jak krzyczy o litość. Przy okazji odkryłam, że działam jak pstryczek – wymuszając na mnie hardcorowe rozciąganie, włącza mi się kopania po głowie. Więc teraz już nikt nie chce mnie rozciągać metodą chińsko-rosyjską.

Próbowałam również Tary Stiles – świetna laska od jogi i miliona rozgrzewek stretchingowych, niestety bez widocznego progresu (prócz rozwalenia sobie Achillesa, oczywiście). Teraz rozciągam się instynktownie i jest trochę lepiej (ktoś poleci mi jakiś sprawdzony pilates?), chociaż dalej z nienawiścią patrzę na laski, których plecy zginają się pod kątem prostym. W tą drugą stronę.

Oczywiście, że nie podobają mi się zawodowe gimnastyczki. Uważam, że to obleśne jak możesz łydkę przerzucić nad ramieniem a żebra wyłażą bokiem. Sylwetki baletnic również mnie odstręczają, a samo patrzenie na ich pointy wywołuje ciarki na ciele.

Co jednak odkryłam dzięki rozciąganiu? Zmieniła mi się trochę figura – oczywiście na lepsze. Jeżeli więc istnieje jakiś ważniejszy powód we wszechświecie by męczyć się w tych karkołomnych pozycjach – to ja go nie znam. Zawsze klęłam gdy miałam dociągnąć brzuch do wyprostowanej nogi, teraz jednak wiem, że wszystkie moje ROZRYWAJĄCE się rzeczy w ciele prowadzą mnie do bardziej atletycznej sylwetki.

Mięśnie potrzebują, po tych wszystkich syczących spięciach, by je rozciągnąć. Jeżeli więc pilnujesz by rosły, miały pokarm w postaci BCAA i były coraz silniejsze – MUSISZ zainwestować w stretching. Uwierz mi gdy powiem, że olewałam rozciąganie ciepłym moczem przez cały ten czas bawiąc się kettlami. Niby coś tam symulowałam na koniec, klepałam z obowiązku o potrzebie stretchingu, ALE. Rozciąganie to męczarnia, w której nie widziałam za dużo głębszego sensu. Rura oczywiście twardo udowodniła, że mam mały rozumek. Spokorniałam. Rozciągam się. Ludzie widzą efekty. Bez potrzeby dotykania stopą głowy.

No. My tu gadu gadu, a trening na nogi trzeba zrobić.


Czas: 30 minut

Ćwiczenia:
1. Przysiady 10-15-20
2. Pół przysiad na jednej nodze 5-7-10
3. Przysiad na złączonych nogach 10-15-20
4. Kolanko 5-7-10
5. Wykrok w przód 5-7-10

Twoja rozpiska:
Przygotuj trzy ciężary. 8kg, 12kg, 16kg. Jeżeli nie masz – dwa. Jeżeli nie masz dwóch – jeden. Z jednym ciężarem będziesz musiała minimum 3 serie zrobić, maksimum 5, jeżeli jesteś Pomarańczowa.
Uwaga! Zakwasy mocne na drugi dzień po treningu. (na pierwszy dzień po treningu – też.) (nie żarcik)

Zielona:Jeżeli jesteś początkująca, nie rób go w tym systemie. Przygotuj trzy ciężary i rób ćwiczenia, ale najpierw wszystkie ćwiczenia wykonaj jednym ciężarem (wszystkie ćwiczenia po 10 powtórzeń), odpocznij, potem wszystkie drugim, itd. Możesz ostatnią serię zrobić bez obciążenia, jeżeli masz tylko dwa kettle. Jedna runda.

Pomarańczowa: Jedna runda jeżeli masz wszystkie ciężary, ale zamiast 10-15-20 zrób 5-10-15 oraz 3-5-7. Dwie/trzy rundy, jeżeli 2. Jeżeli masz trzy ciężary możesz również zrobić system Zielonej (wszystkie ćwiczenia jednym kettlem, potem wszystkie drugim, potem trzecim) – będzie to bardziej spalający trening.

Czerwona: Dwie rundy jeżeli idziesz systemem Zielonej. Jedna runda jeżeli idziesz razem ze mną na YT. Jeżeli będziesz chciała więcej sobie dorzucić – nie chciej. Zrób więcej stretchingu na koniec.

Hot inspirejszon on ej cold dej. I ciąża.

Standardowy

Chciałam zauważyć, że nie piszę nie z braku weny (polska język), posądzeń o zmiękczenie własnych jajec, rzekomej depresji czy niesprzyjającej konstelacji gwiazd. Moje leniwe dupsko też nie ma z tym związku* choć można z tym debatować. Nie piszę, bo nie mam odcinka. Nie chcę, by ten blog był marudzeniem* vide roztrząsaniem sensu życia, nie związanego z pieczeniem ciastek ze skwarkami., wykładem pseudonaukowym* czyli rżnięciem ctrl+c ctrl+v z innnych „mądrych” stron , oraz pamiętnikiem małego gupika walącego pyskiem o ścianki akwarium.

Przepraszam, tak, mam mały szacunek do miliona użytkowników portali typu blog.pl

Trafiłam przypadkiem na odcinek największego programu dla bezrobotnych, na temat trenujących kobiet w ciąży. Wróć! Dźwigających kobiet w ciąży.

Przyznam się, że widziałam te zdjęcia pół roku temu. Nie wstrząsnęły mną, gdyż pod nimi był artykuł opisujący ową panią i to co robi. To co zrobił TVN, to ewidentne zapchanie dziury śniadaniowej. Poczułam się upewniona co do swojej racji nie posiadania telewizora i nie płacenia abonamentu RTV. Wróćmy jednak do tego, co poszło w Polskę.

Jeżeli trenujesz podczas ciąży ciężary, to jesteś wyrodną matką niespełna rozumu.

Jeżeli jednak urodzisz dziecko i w miesiąc doprowadzisz do figury lepszej niż sprzed ciąży, to jesteś normalna! Ba! Wręcz jesteś BOGINIĄ! Należy nie tylko zazdrościć, ale i iść w ślady.

Nigdy nie byłam w ciąży, nie miałam powodów ani okazji do zapoznawania się z tym stanem i CAŁĄ WIEDZĄ JAKA WTEDY JEST POTRZEBNA. Nie mam więc, ładnie ujmując, zielonego pojęcia o ciąży, prócz tego podstawowego, w którym ujęte jest, iż płyn Ludwik nie jest plemnikobójczym.

Podczas wakacji kolega instruktor Grzegorz poprosił mnie o program treningowy dla kobiety ciężarnej. Zaczęłam się więc rozglądać. Niestety nikt nie dawał mi na nic 100% gwarancji z poręczeniem pożyczkowym. Wszyscy tylko domniemywali, jak ciężary – jakie i w czym – mogą odbić się na zdrowiu. Prawda jest bowiem prosta – każdy organizm może zareagować inaczej. To, że ćwiczysz od roku dwa razy dziennie nie jest potwierdzeniem zielonego światła na treningi w ciąży. A to, że dopiero w ciąży masz zamiar coś zacząć ze sobą robić – to jest potwierdzenie na to, że głupiejesz i warto zacząć jeść owoce granatu.

Nie znajdziesz programu treningowego, ani nawet wskazówek jak trenować z kettlebell w ciąży na polskich stronach (znajdziesz natomiast całą zabawną furę znawców 3 kilogramowych kettli z problemami ze stawami kolanowymi). Może, jeżeli jesteś uparta, znajdziesz coś na anglojęzycznych. W tym wypadku – please, share with us!

A czy słuchać się lekarzy?

Peter Lakatos powiedział mi kiedyś bardzo cenną uwagę - Nie słucham lekarza, który wypowiada się na temat, na który nie ma pojęcia. Mimo, iż to lekarz.

Jasne, że ciężko trafić do ginekologa podnoszącego ciężary. Ale jak ktoś bardzo chce – to w końcu mu się uda. Jestem matrixowskiej teorii, że siła woli potrafi nagiąć przestrzeń. Natomiast ZAWSZE możesz NIE ROBIĆ NIC i mieć ku temu poważny powód.

Podczas kontuzji Darka opłaciliśmy cały tabun lekarzy. Podczas mojego pobytu w szpitalu, tabun lekarzy obmacał mnie. I wiecie co? Konowałów pod dostatkiem. Nie ważne jak ciężko się dostać, nie ważne jak ładny gabinet/przychodnia. Sami, ryzykując własne zdrowie i przyszłość, doszliśmy do tego, że on dźwiga ciężarówki, a ja pomykam rączym kłusem (NIE BIEGAM, powtarzam, NIE BIEGAM).

A jak zapadnę na ciążę, to dam znać – bo przecież nie odstawię kettli.

Nie mam filmiku, ale mam rozpiskę idiotoodporną. Trening niepozorny, choć męczący!

Czas: 35 minut

Ćwiczenia:
Serie A
1. Pompka damska
2. Swing
3. Squat
Serie B
1. Brzuszek
2. Swing
3. Przysiad szeroki

Twoja rozpiska:
Pomiędzy ćwiczeniami zrób 45s przerwy. TYLKO 45 sekund przerwy. Pomiędzy seriami zrób minutę przerwy.

Seria wygląda tak: po 5 powtórzeń wszystkiego, przerwa, po 10 powtórzeń wszystkiego, przerwa, po 15 powtórzeń wszystkiego, przerwa, po 20 powtórzeń, przerwa 1 minuta. Całość liczona jako 1 seria.

Trzymaj brodę w neutralnej pozycji. Brzuszki możesz wykonywać dowolne – baletowe, nożycowe, zwykłe, odwrócone, skośne. takie jak potrzebujesz. Pompki możesz wykonywać męskie. Nie, nie możesz zamienić pompek na coś innego. Możesz mieszać szerokie pompki z wąskimi, nurkującymi, etc.

Squat jest z kettlem. Szeroki przysiad – bez.

Zielona: Obciążenie do 8kg, 1 raz seria A, 2 razy seria B.

Pomarańczowa: Obciążenie do 12kg, 1 raz seria A, 2 razy seria B.

Czerwona: Obciążenie do 12kg, 2 razy seria A, 2 razy seria B.

Stretching!

Enjoy.