LCHF czyli cycki, koty i memy.

Standardowy

Got your attention? Now read.

Notka by Maciej Górecki.

Zanim padną tutaj pierwsze słowa, ustalmy jedno: nikogo do niczego nie namawiam, nie propaguję określonych zachowań kulinarnych, nie mam aspiracji do nawracania kogokolwiek na swoją drogę postępowania. Jeżeli pod wpływem tego tekstu lub/i wskazywanych źródeł, zdecydujecie się na wkroczenie na drogę smalcu i kiełbasy, to – jak większość rzeczy w życiu – robicie to na własną odpowiedzialność.

Druga ważna kwestia: nie wszystko jest dla każdego. Osoby mające zdiagnozowane problemy ze zdrowiem mnożą współczynnik swej czujności razy 2, a potem podnoszą go do potęgi trzeciej. Mądra dieta ma zazwyczaj swoją siłę. Jednak dieta oparta o tłuszcze to żywioł wśród żywiołów. Jeżeli podejdziemy do niej w odpowiedni sposób, to część tej mocy stanie się naszym udziałem. Zlekceważywszy jej potęgę ryzykujemy starcie, w którym na szali trzeba będzie położyć naprawdę dużo.

Skąd pomysł?

Zacznijmy od końca.
Kulturyści znają i stosują model odżywiania opartego o tłuszcz i białko, przy śladowych ilościach węglowodanów, od dziesięcioleci. Stanowi on ostateczną instancję w „docinaniu” ich spracowanych ciał przed wszelkimi imprezami, na których prężą i napinają swą muskulaturę. Tak. Tłuszcz pozwala likwidować najbardziej oporny tłuszcz. W środowiskach
kulturystycznych taki sposób odżywiania nosi nazwę CKD.

Skrót ten to akronim anglojęzycznego określenie, tłumaczonego na polski jako Cykliczna Dieta Ketogeniczna. Słowa „dieta” tłumaczyć nikomu nie trzeba (Czy aby na pewno? Polecam definicję słownikową). Natomiast na uwagę zasługuje
zwrot: „ketogeniczna”. Z czym to jeść?

Założenia CKD są proste: jemy minimum węglowodanów (20-30g dziennie), a energię czerpiemy z tłuszczu. Nasz organizm potrzebuje zdecydowanie więcej cukrów, gdyż sam mózg spala trzy razy więcej glukozy na dobę, nie mówiąc o innych potrzebach. Na całe szczęście matka natura przewidziała, że czasem trzeba będzie żyć w niesprzyjających okolicznościach przyrody i wyposażyła nas w pewne mechanizmy ułatwiające przetrwanie. Jeden z nich, kluczowy dla zrozumienia istoty diet bogatych w tłuszcze, to ketoza. Otóż organizm pozbawiony węglowodanów zaczyna produkować ciała ketonowe, które mają za zadanie: odżywiać mózg, chronić mięśnie przed zamianą na energię. Są jak wojsko wyprowadzane na ulicę w czasie stanu wyjątkowego.

Ciała ketonowe pojawiają się w naszym organizmie nawet podczas stosowania tzw. diety zrównoważonej. Wystarczy kilkanaście godzin postu, aby organizm uruchomił ich produkcję. Ba! Każdy noworodek pierwsze dni życia spędza w stanie absolutnej ketozy. Taki mały szkrab, zanim nauczymy go grymasić przy stole i opychać się słodyczami, nie ma wyboru i musi budować swe organy, mięśnie i kości wyłącznie na bazie pokarmu dostarczanego przez matkę, prosto z piersi. Czy matka ma doraźny wpływ na zawartość tłuszczu, białka, węglowodanów, witamin i pierwiastków w pokarmie? Nie. Dlatego też cały mechanizm odżywiania potomstwa przez ssaki w pierwszych dniach po porodzie opiera się na uniwersalnym paliwie jakim są kwasy tłuszczowe.

W miarę programowania się linii produkcyjnych naszego metabolizmu na inne rodzaje pożywienia, udział ciał ketonowych spada. Jednak nasz organizm ciągle posiada możliwość uruchomienia całego procesu. Na wszelki wypadek. Zapomniałbym. U dorosłego człowieka surowcem do produkcji ciał ketonowych staje się głównie tłuszcz zapasowy. Łapiecie intrygę? Jak uruchomić ten wielce pożądany mechanizm zjadania własnej opony? W sposób bardzo prosty: ograniczamy (delikatnie mówiąc) spożycie węglowodanów do najpotrzebniejszego minimum, a do diety wprowadzamy bardzo dużo tłuszczu. Najlepiej tego „niezdrowego”. Zwierzęcego.

Witam w świecie Low Carb – High Fat. A kalorie, cholesterol, miażdżyca, choroba wieńcowa? – zakrzykniesz oburzony czytelniku, a ja uśmiechnę się saperskim (rozbrajającym) uśmiechem i powiem tylko: Nie martw się o to. Czytaj dalej.

To nie kulturyści odkryli diety wysokotłuszczowe.

Mam dobrą wiadomość. Dieta, w której obżeramy się tłustościami należy do najlepiej przebadanych diet świata. I niekoniecznie w kontekście dbania o estetykę sylwetki. W latach dwudziestych ubiegłego stulecia leczono z jej pomocą niektóre przypadki epilepsji.

Jednak nawet wtedy nie była ona nowością. Europejskie środowiska lekarskie na długo przedtem zwracały się ku stanowisku, że jedzenie mięsa i tłuszczu, przy równoczesnym unikaniu pokarmów zawierających cukry proste, wywiera bardzo pozytywny wpływ na funkcjonowanie organizmu. „Długo przedtem” oznacza ni mniej, ni więcej… drugą połowę XIX wieku. W czasach gdy u nas wybuchało ostatnie romantyczne powstanie, w Anglii powstają Listy o otyłości niejakiego Williama Bantinga. Dżentelmen ów nie był dietetykiem, ale producentem trumien (tak, wiem – słaba rekomendacja osoby doradzającej w kwestiach związanych ze stylem życia), jednak jego sukces w walce z otyłością spowodował, iż w potocznym angielskim funkcjonuje do dzisiaj czasownik to bant – bantować, odchudzać się.

Sekretem diety, stworzonej dla Bantinga przez doktora Harveya było unikanie węglowodanów przy równoczesnym spożywaniu pokarmów mięsnych i tłuszczowych. Kilka dziewiętnastowiecznych stwierdzeń brzmi podejrzanie nowocześnie i wbrew dietetycznym dogmatom: Mogę dziś z całą stanowczością powiedzieć, że ILOŚĆ przyjmowanego pożywienia można spokojnie pozostawić do uznania apetytowi, ponieważ JAKOŚĆ tego, co jemy, zmniejsza i leczy otyłość*. Cytat za: http://www.dobradieta.pl/banting.php

A gdybym powiedział, że połowa XIX wieku to i tak późno? Niektórzy znawcy tematu znajdują opowieści o przewadze mięsa i tłuszczu nad mąką już u Herodota, o ojcu współczesnej biologii Linneuszu nie wspominając. Zainteresowanych odsyłam do zgłębienia zagadnienia na własną rękę. Bo przecież my tu nie o tym…

A co na to medycyna?

Nie mam zamiaru burzyć mitów, obalać teorii. Nazwiska takie jak Attkins, Kwaśniewski słyszał każdy, kto chociaż raz szukał sposobu na zmianę tego co pokazuje się w okienku wagi. Temu pierwszemu zarzucono szarlatanerię, które to oskarżenia poparł publikując nową wersję swej diety, w której rekomendował… własne suplementy. Temu drugiemu oberwało się zupełnie niezasłużenie.

Metody doktora Kwaśniewskiego wyprzedzały stan wiedzy jego krytyków. Obaj panowie stali się symbolami dietetycznych herezji, a ich propozycje dietetyczne obśmiewa byle fachowiec po korespondencyjnym kursie dietetyki. Oficjalnej dietetyki. A czy istnieje jakaś inna?

Oczywiście, że istnieje.

Abstrahując od wszelkich magicznych rytuałów kulinarnych, które zakładają spożycie przez dorosłą osobę 1000 kcal dziennie (reszta zapotrzebowania pochodzi z energii kosmicznej) i innych chorych receptur płodzonych przez redakcje kolorowych pism; w nauce o żywieniu człowieka funkcjonuje sporo różnych nurtów i koncepcji. Ostatnio coraz głośniej słychać o idei odżywiania tłuszczowego, przy niewielkim udziale białka i niemal absolutnej rezygnacji z węglowodanów.

Dość powiedzieć, że przez kraje skandynawskie, znane z tego, iż ich obywatele obsesyjnie potrafią dbać o własne zdrowie, przelewa się fala zachwytu nad dietami LCHF, które przestają być tylko narzędziem walki o wymarzoną figurę. One stają się stylem życia. Mój znajomy lekarz, praktykujący w Szwecji pochwalił wybór diety wysokotłuszczowej i zdradził mi, że sam się do niej przymierza. Dla mnie to poważna rekomendacja.

Inną rekomendację stanowią wyniki moich badań: lipidogram i morfologia. Tyle jeżeli chodzi o kwestie medyczne. Pomijam absolutnym milczeniem fakt oficjalnego odrzucenia przez ministerstwo zdrowia Szwecji oficjalnej „piramidy zdrowego odżywiania” (plakat tego typu wisi w każdej przychodni lekarskiej – przypomina pacjentom ile mogli zrobić dla siebie, gdy nie było jeszcze zbyt późno).

CDN