Wakacje Kettlebell All Inclusive 2016

Standardowy

Wydarzeniem lata 2016 niewątpliwe jest (albo i był) IV Obóz Hardstyle Kettlebell w Łagowie Lubuskim. Podobnie jak Joanna Bolechowska (tak, drogie panie, Apollo Kettli jest już zaklepany), nie wiem w którym momencie rozdawaliśmy Oscary, ale lawina podziękowań ma dla mnie jakieś szczególne znaczenie.

ob1

Zamiast jednak klepać jak to było super i dupę urywało, poprosiłam (znanego już na blogu) Macieja Góreckiego, o udostępnienie mi jego spontanicznego podsumowania. Głównie dlatego, iż Maciej był sympatykiem bardziej niż psychofanem, zajmującym się chyba wszystkimi odcieniami zjawiska zwanego odważnikiem kulowym. Tak, zjawiska. Jeżeli do tej pory nie wiesz co to kettlebell – wracaj do swojego szałasu i liczenia kóz.

Napiszę krótko, po raz setny.

NIE JESTEŚMY FITNESS TRENDEM. JESTEŚMY W BIZNESIE ZMIENIAJĄCYM ŻYCIA.

A jeżeli gdzieś masz peany na cześć naszej tytanicznej pracy, wolisz liczyć szmal i patrzeć na wypięte pośladki – scrolluj na koniec notki, po video notkę.

Czytaj dalej

Obóz HardStyle i czemu na niego nie jechać

Standardowy

Spośród wszystkich to właśnie Ty zostałeś wylosowany..”

Przysięgam, jak widzę marketingowy szajs „tylko my mamy i właśnie TOBIE damy” pragnący ponad wszelką miarę udowodnić mi, jaką szczególną osobą jestem, jak wyjątkowym jestem człowiekiem lub jak niebotyczne szczęście właśnie mnie dotknęło, to mam ochotę rzucić się przez okno*. *wprost na dach sąsiada, który potajemnie od dwóch lat służy mi za taras do opalania. Dach, nie sąsiad.

To jest właśnie problem z dobrymi rzeczami, że ciężko nam w nie uwierzyć, gdy ktoś na nie Cię namawia. Właśnie przez te zapewnienia o naszej ważności w kosmosie. Zanim jednak dojdę do sedna, ważna dygresja.

Czytaj dalej

O temacie wstydliwym i sposobach postępowania.

Standardowy

NIGDY bym nie uwierzyła, że również mnie to dotknie. Zawsze patrzyłam na to okiem obserwatora i miałam swoją opinię. Bardzo stanowczą, dodajmy, jak większość małych kurzych opinii, które w ciągu żywota ulegają zmianie. Temat u innych z entuzjazmem tykałam kijkiem i dziko zainteresowana patrzyłam na konwulsje.

Patrzyłam z boku i nie rozumiałam, jak można się tego wstydzić? Ale że jak? Czemu nie chcesz o tym gadać?

Kontuzje zdarzają się każdemu! Co tu ukrywać? Czemu warczysz? Ałaniegryź!

Jestem super_ostrożnym instruktorem dmuchającym na zimne. Chwalę się wręcz, że nie mam tego czegoś w głowie, co pcha dalej, pomimo iż lampki się zapalają a syreny zaczynają zawodzić. Można oczywiście tłumaczyć to byciem cieniasem, ale dziękuję bardzo – swoje rekordy wolę bić w dłuższym zakresie czasu, nie ryzykując utraty przyjemności treningowej. Nie mam sobie nic do udowodnienia, a tym bardziej innym – jakkolwiek by to heroicznie nie zabrzmiało, sprowadza się to do z francuskaMamwyje Bane lub – „ja naprawdę nie lubię gdy coś mnie boli”.

Z powodów powyższych, i przykrych doświadczeniach z kręgosłupem, które zakorzeniły strach iście zwierzęcy w mej psychice, kontuzje były mi obce. Zakwasy, bóle w nadwyrężonych mięśniach – owszem, chleb powszedni. Naciągniętego Achillesa traktowałam jak order za głupotę stretchingową, ale i sygnał na temat granic nowego obszaru tymczasowych możliwości własnego ciała. Jednak do miana kontuzji to nie dorastało w moich oczach, tematu więc nie podejmowałam.

Przy wygibasach na rurce zaczęłam mieć mikro problemy z barkami i więzadłami w kolanie – jednak jak już wspomniałam, jestem ostrożna do przesady i nie dopuściłam do niczego większego. Kiedy więc zrąbałam nadgarstek, ucieszyłam się, że mam uczciwy temat na notkę.

Takiego wała.

Usiadłam do klawiatury i odechciało mi się wyjaśniać.

Sama nie rozumiem jak do tego doszło. Ręka boli miarą boleści – wpizdu. Nie ma złamania, nie ma przemieszczenia, moje szczupłe kostki mają się świetnie i dalej wyglądają ze wszech miar ponętnie. Ale mam ochotę odgryźć sobie łapę. Nie było lampek, nie było sygnałów, nie było nic* * mówiąc językiem klasyka. Nie mam pojęcia kiedy – podejrzewam przy czym.

Teraz rozumiem, że to właśnie zamyka usta w temacie kontuzji. Jeżeli doprowadzasz do uszkodzenia ciała z pełną premedytacją licząc na cud – możesz o tym śmiało mówić jowialnym tonem z lekkim utyskiwaniem na własną ambicję. Kiedy jednak robisz coś „w standardzie” i na drugi dzień budzisz się czując obcość własnej kończyny – czujesz pustkę i zniechęcenie. Czujesz instynktowny strach, że inne drapieżniki wyczują i wykorzystają Twoją słabość. I krótko ucinasz wszelkie pytania. Taki irracjonalny wstyd za własne ciało.

Jako, że nie wiem co mi właściwie jest i liczę, że dużo zielonego tejpu oraz masaży załatwi sprawę, nie będę się w temacie rozwodzić, tylko cierpliwie przeczekam własną niedyspozycyjność. Upierdliwość boleści działa mi na nerwy, bo jestem uzależniona od swoich sportów. Co oczywiście przekłada się na dwa istotne aspekty, z punktu widzenia osoby postronnej:

Wkurzam się szybciej i trenuję bez przyjemności.

Koko ko.

Stąd cenna rada dla osób postronnych – chodźcie na paluszkach i nie podpalajcie krótkiego lontu, gdy Wasza znajoma osoba nie może: wyżyć się / spełnić na sali treningowej, na trasie czy basenie. Myślcie o niej jak o kimś, kto po 10 latach palenia paczki papierosów dziennie, jako jedyny rzucił w towarzystwie palaczy. Wyhodujcie więcej cierpliwości. Nie zwracajcie uwagi na powarkiwania. Nie bierzcie do siebie szczekania. Nie próbujcie na siłę oderwać jej myśli od tego. Gdy kontuzja minie – odzyskacie tą osobę.

Sportowiec nie pipa, ale i tak nie rozgrzebujcie tematu bezmyślnie, bo to wymyka się racjonalności. Emocje silniejsze od logiki. 2000 lat cywilizacji, a i tak jesteśmy prymitywami. Na szczęście czas płynie i leczy rany.

Czas: 30 – 50 minut

Ćwiczenia:
1. 4 strony świata: Swing jednorącz + Snatch + przejście
2. Clean + Kolanko + Squat + Push Press

Drabina powtórzeń: 1-3 jeżeli to część Twojego treningu, 1-5 jeżeli to całość Twojego treningu.

Twoja rozpiska:
Zwiększamy ilość swingów, nie snatchy! Obrót z kettlem w górze daje nam zarówno czas na odpoczynek jak i wymaga równowagi ciała. 4 strony to jedna seria.
W drugiej połowie zwiększamy ilość kolanek i squatów z push press’ami. Jeżeli Twoja znikoma mobilność nie pozwala na pełen goblet squat – przysiady rób do momentu aż biodra znajdą się ciut poniżej kolan. Jeżeli ciężar w push pressie robi problem – asekuruj twarz drugą ręką.

Zielona: 8kg, drabina 1-5, dwie/trzy rundy.

Pomarańczowa: 12kg, drabina 1-5, dwie/trzy rundy.

Czerwona: 16kg-20kg, drabina 1-3, dwie/trzy rundy.

Enjoy!

P.S. Na obozie było pięknie. Za rok MUSISZ być. Seriously.