Pierwsza w Polsce książka o kettlebell pod…

Standardowy

Ahoj, siema, czołgiem, witajcie.

Kto śledzi FB, ten wie, że doczekałam się wydania swojej pierwszej książki. Tak, to ja jestem na wszystkich zdjęciach. Bez retuszu, więc czasem są fałdki.

Nie będę rozwodzić się nad jej zawartością czy przyczynami jej powstania. Powiem tylko tyle, że gdybym dostała ją w swoje łapki dwa lata temu, byłabym lepszą i zdrowszą poledancerką.

Czytaj dalej

You don’t have to be great to start

Standardowy

but you have to start to be great!

No. Zgodnie z tą maksymą, i dopóki jestem niepoczytalna, wrzucam pierwszy filmik z tańca na rurze. Nie będę się tłumaczyć, czemu nie zrobiłam wcześniej rozgrzewki ani stretchingu, ani czemu więcej wiję się dookoła rurki niż autentycznie na niej. Jak to się stało, że nagle zgubiłam połowę ciuchów – też sami musicie się domyśleć.

Powiem tylko tyle, że moją inspirację znajdziecie pod tym linkiem – The Landlords Recital. Tak, nie użyłam krzesła. I tak, w ostatecznej wersji filmiku wycięłam jednak scenę z przewrotem w przód. Myślę, że mogła zrobić prawdziwą furorę, jednak nie jestem jeszcze na tyle sławy przygotowana.

Najgorsze jest zawsze to, że w naszej głowie to tak fajnie wygląda. Elegancko. Ostro. A potem przeglądasz zapis kamery i smarki lecą nosem. Żaden krytyk internetowy nie bierze jednak pod uwagę, że autor może mieć duże poczucie humoru i dystans do siebie. A przy tym, szanowne grono potencjalnych odbiorców, mi naprawdę takie wicie się i machanie nóżką sprawia niesamowitą frajdę. A że na każdych zajęciach tanecznych zawsze mnie sprowadzano na ziemię z choreografią, to i mi został bunt w duszy na tyle duży, że postanowiłam zaryzykować i otworzyć własne zajęcia, na których nikt nie zabroni mi się powygłupiać ruchowo. Oczywista oczywistość, że z kettlem wygłupiać się nie należy.

Na wypadek gdyby jednak znaleźli się osobnicy nie widzący grama trudności w prawdziwym tańcu na rurze, oświadczam wszem i wobec – najgorsza znana mi harówka. Tyle mięśni mi jeszcze nigdy nie uczestniczyło w jednej pozycji. Tyle siniaków moje ciało nie widziało od czasów pierwszego paintball’a z zawodowcami. TO JEST TRUDNE. I człowiek poci się jak świnia nie przez wysiłek, a ze strachu i zdenerwowania. Oczywiście JA się nie pocę, JA MIGOCZĘ.

Owszem, kettle elegancko przygotowały mnie do wszelakich podciągnięć i przerzutów, jednak odpowiedni balans ciała jeszcze szwankuje. Po pół godzinie zajęć na rurce, moje przedramiona są spuchnięte jak po drabinie oddechów z 20kg. Każdego więc kto zacznie tu cwaniakować, odsyłam na zajęcia. Nie musisz zrobić od razu flagi – zrób przynajmniej odwrócony krucyfiks. Po tym inaczej będziesz patrzył na panie w klubach go-go, zapewniam.

Poza tym odkryłam bezdenną przepaść pomiędzy robieniem pojedynczych trick’ów na rurze, a kompozycją ich w tańcu. Dopóty widziałam jedyną przeszkodę w szalejącym błędniku, dopóty WYDAWAŁO mi się, że zestawienie tricków w układ to tylko formalność i że trzeba mieć dużo opanowanych, ładnych i trudnych figur, żeby wszystko wyglądało cacy. A te dziwne esy floresy dupencją pomiędzy? Phi, odpoczyneczek. Aktywna przerwa, wręcz.

Naiwność, o zgrozo.

Wejścia do figur i zejścia z figur, nie mówiąc już o przejściach pomiędzy figurami – to osobna tematyka. Tak więc nie tylko muszę nadgonić ze stretchingiem (tak, jestem rozciągnięta jak przejechana żaba na asfalcie i tyle samo mam entuzjazmu), balansem, trzymaniem point, okiełznaniem błędnika, siłą brzucha i dłoni, ale również z wyobraźnią przestrzenną w tańcu i figurami z poziomu rozszerzonego, thank you very much.

To trudne początki. Myślę jednak, że za rok odpalę sobie ten filmik i będę gratulować sobie ruszenia dupy, obgryzając suszone śliwki* z satysfakcją. Każdy z zawodowców kiedyś coś zaczynał, tylko internety tego nie widziały. A skoro mam Cię motywować do pokonywania własnych słabości i dążenia do coraz lepszej wersji siebie – proszę, oto filmik. Angela i rura. Część pierwsza. Epicka.

*Ususzone na kamień śliwki są moim najnowszym nałogiem. Wyglądają jak zeschnięte kozie bobki i trzeba umiejętnie obgryzać pestkę z minimalnej ilości owocu. Czuję się szczęśliwa niczym pies z kością.

Jak żyć w zgodzie z wężem i nie tyć.

Standardowy

Filozofia żywienia według „Jem/Nie jem” jest prosta. Wymaga tylko od Ciebie braku czasu i chęci do stania nad garami, wiecznego myślenia o zbilansowanej porcji, czy miłości do żarcia mało ale często. Wymaga też trochę odwagi, wiary i zajęcia myśli, ale o tym za chwilę.

Minęło 8 miesięcy od kiedy zaczęłam dietę bez diety. Czas na konkretne podsumowanie.

1. Gofry, naleśniki, pierogi i dużo makaronu. Widzisz co piszę? Jeszcze raz. GOFRY, NALEŚNIKI, PIEROGI, DUŻO MAKARONU. Jestem zwierzęciem mączno-mleczano-cukrowym odkąd nie mogę być mięsożercą. Moje żywienie to everyday is cheat day. Zaczynam jeść o 12:00 i kończę gdzieś tak w okolicy 01:00 w nocy. W dupie mam „trzeba jeść śniadanie” oraz „po 18stej się nie je”. Nie reklamuję stylu żywienia – mówię, co robię JA. JA nie planuję mieć tkanki tłuszczowej na poziomie 8%. 10% wystarczy

2. Na zachodzie bez zmian, czyli na wadze łazienkowej mi nie ubyło. Centymetr pokazuje mniej na milimetrach. Ludzie mówią, że schudłam. Pojawiły mi się prawie-zupełnie-widoczne mięśnie na nogach. Czyli jakiś fałd tłuszczu musiał zginąć. Wyczekująco też patrzę na obwód brzucha.

3. Po dwóch miesiącach postu 2 razy w tygodniu, przeszłam na post 1 raz w tygodniu gdyż zwiększyła mi się ilość treningów i pojawiła skłonność do owoców i orzechów. Jak wąż chce bezy z truskawkami i śmietaną to nie popuści, będzie -50% do inteligencji. Wąż nie jest zainteresowany mediacjami z mózgiem. Tak, wiem, bezy ze śmietaną nie są owocami.

4. Nie straciłam nic na sile, nie ubyło mi mięśni. Staram się pamiętać o BCAA i brać regularnie, gdyż NAPRAWDĘ działa. Odstawiwszy BCAA częściej czułam przepalenie i wypalenie. Niestety, oszczędności trzeba szukać gdzie indziej. Chcesz mieć mięśnie – przyjmuj BCAA. Niekoniecznie w końskich dawkach sugerowanych przez producenta.

5. Nie mam żadnego problemu z dniem postnym. Jem obiad o 16:00, trenuję, piję wodę/herbatę, śpię, wstaję, pracuję umysłowo do 15:00, robię i jem obiad o 16:00. Jeżeli mam kryzys – skracam post i piję mleko* (wiadomo z czym) o 14:00. Kryzys najczęściej związany jest z mózgiem, który CHCE jeść, a nie z potrzebami ciała. Jeśli jem X kcal w ciągu zwykłego dnia, to po dniu postnym przyjmuję taką samą porcję kcal. NIE CZUJĘ POTRZEBY „WYNAGRADZANIA SOBIE” POSTU.

*Wąż kocha mleko. Poważnie. Z kawą lub z adwokatem. Nawet jak jest ożarty i śpiący. Tak więc, nie ma czegoś takiego jak „nie jestem głodna, nie potrzeba mi tych zbędnych kalorii”. Wiecie jak powstają zombie? Właśnie tak. Skłonność do sabotowania nieprzekraczalnej liczby kcal (tj.2500) ładowanych w siebie mnie wykończy, wąż zmartwychwstanie i będzie szukał mleka. Z kawą. Albo adwokatem.

6. Jeżeli mnie skręca z głodu – szukam zajęcia trudniejszego i bardziej wymagającego uwagi. Czasem nawet potrafię się przemóc i posprzątać mieszkanie. Częściej jednak włączam Wiedźmina lub szukam nowych tekstur. Prawda jest taka, że atak głodu jest chwilowy i da się przeczekać. Pomyśl o tym jak o bardzo niezadowolonym wężu, który nagle zaczyna zwijać ci żołądek i przylepiać go do kręgosłupa, a po Twoim braku reakcji – wąż obraża się śmiertelnie, wali focha i idzie spać, odwrócony do Ciebie plecami.

7. Mój tydzień treningowy wygląda tak:

Poniedziałek, po 16:00, jest dniem postnym. W ten dzień trenuję na siłę przez godzinę.
Wtorek jest dniem spocenia się z kettlami, przez godzinę. Dobry obiad świetnie się pali.
Środa jest treningiem z własną masą ciała (albo pole dance, albo konkretny bodyweight) oraz lekkimi kettlami, przez dwie godziny.
Czwartek jest dniem spocenia się z kettlami przez godzinę. Jest również dniem porządnej kolacji.
Piątek jest dniem obijania się, opierdalania, lenienia i uciekania od wszelkich obowiązków.
Sobota-niedziela to stretching i okazjonalny trening na rurze. Bez pocenia się, przez godzinę.

Jestem najmniej zalatanym instruktorem świata. I jak mówię, że jestem leniem, to mam na myśli, iż jestem leniem. Nie wyobrażajcie sobie, że poświęcam swojemu ciału przesadnie dużo uwagi. Trenuję – bo sprawia mi to przyjemność. Występowanie na konkursach Miss Fit jest daleko poza moim obszarem zainteresowania. Przeżywanie dodatkowego centymetra w biodrach zawsze kończy się większą ilością bitej śmietany na gofrze. Mój wąż ze swej strony właśnie pozdrawia gorąco producenta gofrownicy DEZAL, Chiquitę, Nutellę, Paturages, wszystkie kury, kozy i młynarzy.

Czy Jem/Nie jem jest dla Ciebie?

Nie wiem. Nie wiem co chcesz osiągnąć. Jeżeli masz czas, i tak będziesz trenować, chcesz jeść to co CHCESZ jeść, nie umiesz liczyć kcal, masz swój rytm dnia, chcesz mieć więcej energii do życia i przede wszystkim nie tyć – a wręcz robić coś dobrego dla swojego zdrowia i figury – to dieta bez diety jest dla Ciebie. Pamiętaj jednak, że nic nie zastąpi treningów z wolnymi ciężarami.

A jeżeli chcesz poznać trening z masą własnego ciała, który wzmocni Cię i odstresuje, patrz poniżej.


Czas: do 45 minut

Ćwiczenia:
1. Power joga combo
2. Slow Squat
3. Plank
4. Rosyjskie brzuszki
5. Supermen
6. One hand side push

Twoja rozpiska:
Zrób ulubioną rozgrzewkę. Naciągaj się po każdym ćwiczeniu tak długo jak potrzebujesz. Jeżeli myślisz, że nie potrzebujesz – MASZ SIĘ ROZCIĄGAĆ.

Zielona: 1. po dwa na stronę, 2. 8 powtórzeń, 3. 1 minuta, 4. 10 powtórzeń, 5. 1 minuta, 6. po 8 powtórzeń na stronę.

Pomarańczowa: 1. po dwa na stronę, 2. 10 powtórzeń, 3. 1,5 minuty, 4. 20 powtórzeń, 5. 1 minuta, 6. po 10 powtórzeń na stronę. Powtórz rundę jeżeli masz czas.

Czerwona: 1. po cztery na stronę, 2. 10 powtórzeń, 3. 2 minuty, 4. 20 powtórzeń, 5. 1 minuta, 6. po 10 powtórzeń na stronę. Powtórz rundę jeżeli masz czas.

Enjoy!

Worry less – train more!

Standardowy

Próżnia, panie, próżnia. Wiszę, macham przeszczepami, nic się nie dzieje a czas upływa.
Nagrałam dwa odcinki, lecz za bardzo przypominam zwłoki podpuchnięte od zbyt długiego leżenia w wodzie, by mieć odwagę to upublicznić. Przy okazji nagrałam też swoją pierwszą choreografię do tańca na rurze i jakoś czas mi zleciał bez notki.

WRÓĆ! Że co? JAK?!!

Myślę, że zbyt ciężkie kettle w końcu do tego doprowadzają. Gdy zaczynasz biec do kettli by nikt nie skubnął Ci wagi sprzed nosa (jakkolwiek króliczy by nie był, pozdro!), zaczynasz przepychać barami i warczeć – to znak, że chyba za dużo testosteronu w powietrzu (tak, nazywamy to testosteronem, mimo, iż podejrzanie przypomina stare, przepocone skarpetki). Poza tym, trochę głupio się wygląda z 48kg między kolanami, drepcząc krokiem spasionej kaczki. Szczególnie, gdy stara się dreptać bardzo szybko.

Myślę, że zbyt ciężkie kettle, nawet nie upadając na głowę, mogą pewne rzeczy w niej poprzestawiać.

Nie zagłębiając się w meandry ludzkiej psychiki (choć często to tylko szukanie zębów po skokach na główkę do intelektualnej kałuży), trening z wolnymi ciężarami zmienia podejście do siebie, do ludzi i do wnoszenia kanapy na trzecie piętro. Chwile, gdy zaskoczone dziewczyny mówią o 8kg „ale to nic nie waży!” są bezcenne. Jest jednak granica własnych możliwości, po której przekroczeniu nie widzi się postępu – jest więc również frustracja, wątpienie w siebie i żadne hasła motywacyjne nie potrafią uciszyć niepokoju. Nie trenujesz siły po to, by samej móc popchać samochód „by zaskoczył”. Nie trenujesz siły po to, by pokazać chłopowi, że umiesz lepiej niż on, więcej niż on, szybciej niż on. Facet przecież wciąż ma prawo być „tym silniejszym”, którego partnerka wspiera, ale nie niesie.

Trenujesz siłę dla siebie – jednak co to oznacza tak naprawdę?

Chcesz być bardziej niezależna? Czary mary dzikie węże, chodzi wszystkim o schudnięcie. Eksploatowane hasło „Strong is the new skinny” jest jednak ogłupiające. Sorry, ale „skinny is the new skinny” i nigdy inaczej nie będzie. Nikt nie będzie pokazywał na reklamie pod tym hasłem pani Agaty Wróbel, a bez wątpienia możemy mówić tu o sile.

Chcesz schudnąć? Zacznij jeść przed lustrem. Nago. Pamiętaj jednak, że chude nie oznacza piękne. A siła zawsze się przydaje. Nie tylko ta w mięśniach – przede wszystkim ta w głowie. Jak zobaczyć ich przyrost?

Sytuacja trenujących jest prostsza, gdy chcą być silniejsi by wzmocnić coś innego – wspinaczkę, pływanie, jeździectwo, taniec, czy choćby noszenie dzieci przez cały dzień. Wtedy przełożenie efektów jest bardzo widoczne. Wtedy stajesz się lepsza w tym, w czym chciałaś. Wtedy nie chodzi już tylko o lepszą figurę, ale świadomość dokonania czegoś w życiu.

Moje dokonania w postaci lepszego walenia po mordach są zamrożone tak mniej więcej od roku. Chyba w końcu uznałam, że robię się bardziej męska niż ustawa przewiduje. Jest bowiem cienka granica pomiędzy trenowaniem samoobrony a radosnym tłuczeniem się po pyskach, a ja nie lubię popadać w skrajności. Musiałam więc dla równowagi znaleźć coś bardzo dziewczyńskiego, a jako iż dzierganie na ręczniczkach nie bardzo łączy się z kettlami (ha! o to mnie na pewno nie posądzaliście! zajebiście dziergam), zaczęłam odrzucać kolejne pomysły.

Przez wzgląd na mój trudny charakter i ciężką rękę, w grę zawsze wchodzą tylko wyzwania dla jednostek. A że bardzo dużo się martwię – lepszy jest dla mnie sport niż jakakolwiek niewymagająca forma rekreacji. Sport pozwala wentylować. Taniec pozwala się zatracać. Rura nie wybacza rozkojarzenia. Sounds good?

No. Więc pomiędzy machaniem kettlami, poganianiem innych do machania kettlami, uczeniem jak roznosić klejnoty rodzinne w pył, architekturą, gotowaniem i czytaniem, wsadziłam taniec na rurze. Przyznam, że strasznie śmiesznie* *jeżeli śmieszy Cię worek ziemniaków rzucający się na rurze jak foka na rybę jeszcze wyglądam, ale mam duży zapał i świetną instruktorkę (pozdrowienia dla Bereniki!), nie wiem więc czy na kanale YT nie znajdzie się też miejsce na „kręcenie dupą w takt muzyki”. I tu dla wszystkich anty-pole-dance wiadomość:

Honeybadger doesn’t give a shit.

Nie, kettle mnie nie znudziły – widzę tylko swoje ograniczenia i chcę je przeskoczyć, inkorporując nowy rodzaj treningu. Bycie instruktorką też mi nie zbrzydło, a wręcz moje kury mi wypiękniały. See it for yourself.